Smętek/Smentek synchronicznie

Głęboko wierzę w zasadę synchroniczności sformułowaną przez Carla Gustawa Junga już ponad 70 lat temu. Z dziką przyjemnością obserwuję też czasem wydarzenia, które pozwalają wyłączyć myślenie przyczynowo-skutkowe, a więc tak zwane „znaczące zbiegi okoliczności”. I tak właśnie było, gdy w ciągu trzech sierpniowych dni odezwały się do mnie – zupełnie niezależnie – dwie osoby, które trafiły na moją stronę internetową w poszukiwaniu informacji o Witoldzie Smętku. Czy to znak? I czy dobry? Poczułam, że więcej znaków nie potrzebuję i że czas, by znów zdecydowanie wziąć się do roboty.

Pierwsza z tych osób to dziennikarz Marek Teler, którego artykuł o Witoldzie Smentku ukaże się na koniec września w magazynie „Replika”. (Uwaga na marginesie – zapis nazwiska SMĘTEK na SMENTEK dawny lekkoatleta zmienił celowo, by pożegnać się z minionym życiem i uniknąć natychmiastowych skojarzeń z historią Zofią Smętek.) Drugą zaś jest pani Agnieszka, wnuczka drugiej żony Witolda Smentka, Władysławy Smentek, która niedawno poznała rodzinną historię i na własną rękę przeprowadziła małe internetowe śledztwo. Ucieszyłam się podwójnie, bo raz – dobrze było się przekonać, że ta strona spełnia swoją funkcję, nawet jeśli porzucę ją na kilka pandemicznych miesięcy, a dwa – i Pan Marek, i Pani Agnieszka okazali się mesendżerami / posłańcami dobrych wiadomości i bezcennych informacji.

Poniżej zamieszczam zdjęcie, które dostałam od Pani Agnieszki – ze ślubu Witolda i Władysławy z roku 1973. Niestety, wciąż nie udało mi się skontaktować ani z córką, ani z wnuczką Władysławy (obie mieszkają w Łodzi), choć czuję, że nie wszystko jeszcze stracone…

Na zdjęciu pierwszy z prawej – Witold Smentek, w środku Władysława, świeżo poślubiona druga żona, z lewej – syn Władysławy.

Pan Marek Teler również szczodrze podzielił się ze mną zdobytymi przez siebie informacjami. Dowiedziałam się również dzięki niemu, że Witold Smentek pochowany jest na Cmentarzu Prawosławnym na Woli. Teraz moja kolej, by go odwiedzić.

Grób Witolda Smentka. Fot. dzięki uprzejmości M. Telera

Dokąd uciekniemy? (wpis z tezą)

Za co kocham kino? Chyba głównie za to, że pozwala mi notorycznie uciekać od tu i teraz, choć nie zawsze prowadzi mnie w lepsze światy. Przez ostatnie tygodnie filmy muzyczne zabierały mnie w absolutnie cudowną podróż, z dala od parszywej rzeczywistości. Im mniej w nich było mroku, im więcej bezpretensjonalnej codzienności, radości i konwencji, czy też modnej ostatnio „czułości”, tym lepszą okazywały się odskocznią.

Czy musical jest filmem dla czasów po kryzysie? Czy ma w sobie terapeutyczną siłę? Trudno zaprzeczyć, pamiętając jego popularność po II wojnie światowej. Ludzie szukali wtedy ucieczki od straumatyzowanej przeszłości, wciąż obawiając się, że jej demony mogłyby powrócić. Musical /film muzyczny pozwalał też trzymać się z dala od polityki i innych niebezpiecznych tematów, którymi łatwo można było nadepnąć na odcisk nadwrażliwej władzy. To nie przypadek, że pierwszym polskim pełnometrażowym filmem nakręconym po 1945 roku były muzyczne „Zakazane piosenki” w reżyserii Leonarda Buczkowskiego i wg scenariusza Ludwika Starskiego. Widzowie pokochali ten film, mimo utyskiwań sporej części krytyków, którzy zarzucali mu nie tylko „tani sentymentalizm” oraz nadmierną beztroskę, ale i deprawowanie gustu publiczności. Publiczność ta potrzebowała jednak pokrzepienia i oddechu, a nie naturalistycznej opowieści o grozie hitlerowskiej okupacji.

Zofia Mrozowska śpiewa piosenkę „Warszawo ma” napisaną przez Ludwika Starskiego na melodię „Mein Sztetełe Bełz”.

Trzeba przyznać, że musical oskarża się o eskapizm niemal od zawsze. Polscy widzowie i krytycy mają z nim szczególny problem, tak chorobliwie są przyzwyczajeni do misyjności rodzimej X Muzy. „La La Land” Damiena Chazelle’a, nominowany do 14 Oscarów, był u nas często określany „eskapistyczną landrynką”, co prawdopodobnie miało zabrzmieć ironicznie lub obelżywie. Ja czekałam na niego z wypiekami na twarzy przez kilka miesięcy i pobiegłam na pierwszy dostępny kinowy seans. Nie zawiodłam się – dostałam nie tylko upragnioną ucieczkę od rzeczywistości, ale i fantastyczną grę z konwencją. Takie landrynki mogłabym chrupać co wieczór – jako lekarstwo na dobry sen.

Kto uwielbia „La La Land”, tym bardziej zachwyci się filmami, które w dużej mierze zainspirowały Chazelle’a. Wśród wielu innych nawiązań i cytatów, dla mnie kluczowe są „Parasolki z Cherbourga” (1964) oraz „Panienki z Rochefort” (1967), napisane i wyreżyserowane przez Jacques’a Demy’ego, z genialną muzyką Michela Legranda.

To film o radości. Bardzo różni się od moich poprzednich filmów. Widz nie znajdzie w nim nic ze smutku Loli czy z nostalgii Parasolek z Cherbourga. Wszyscy bohaterowie szukają wielkiej miłości i ją znajdują” – mówił o Panienkach Demy. Kilka lat wcześniej w wywiadach deklarował, że chce sprawiać, by widzowie płakali. Co się w nim zmieniło?

W mojej ulubionej scenie Solange (grana przez Françoise Dorléac, starszą siostrę Catherine Deneuve) wpada na ulicy na Andy’ego (Gene Kelly) i rzecz jasna, zakochuje się z wzajemnością, choć bez jasności, czy nieznajomego z amerykańskim akcentem dane jej będzie jeszcze spotkać. Kelly daje tu popis swojego kunsztu. Nie mam wątpliwości, że scena została napisana specjalnie dla niego.

Gene Kelly w roli słynnego amerykańskiego kompozytora

Ponoć Demy czekał na Gene’a Kelly’ego dwa lata, tak bardzo chciał go zobaczyć w swoim filmie. Kelly był przecież już legendą: „urodzonym do tańca” aktorem i choreografem oraz reżyserem. Baletowym rewolucjonistą, który zrewolucjonizował też technikę filmowania tańca. To on zdobył sławę dzięki roli ubogiego malarza w „Amerykaninie w Paryżu”, on wreszcie stał za sukcesem „Deszczowej piosenki”.

Don Lockwood z „Deszczowej piosenki” – niezapomniany Gene Kelly

Symbolizował beztroskę hollywoodzkiego musicalu lat 50., a jego słoneczny uśmiech wciąż nie miał sobie równych. Czy bohaterka „Panienek z Rochefort” mogła nie zostać przez niego rażona piorunem sycylijskim…? Co z tego, że Kelly, grając Andy’ego Millera, miał już 54 lata, a Françoise Dorléac zaledwie 24? Piorun to piorun, trudno z nim dyskutować, prawda? Ja dałabym mu nie więcej niż 42 lata!

Film został nominowany do Oscara za muzykę, żadnej nagrody jednak nie dostał. Triumfy święcił wówczas brytyjski musical „Oliver!”, z muzyką Johnny’ego Greena. Sam Demy marudził, że na próbach było fajnie, ale w filmie to już nie. Czy sprawiedliwie, to oczywiście rzecz gustu, wrażliwości i oczekiwań. Dla mnie „Panienki z Rochefort” są jak bezpieczna przystań, w której mogę odzyskać utracone siły. (Brzmi trochę patetycznie, ale nie bójmy się szlachetnego patosu w czasie kryzysu). Być może dziś wyglądają nawet świeżej niż 53 lata temu. Polecam.

Kwarantaniec, czyli po nitce skojarzeń do kłębka

Dziś rano dostałam od mojej nauczycielki flamenco – Małgorzaty Matuszewskiej – link do projektu, czy raczej inicjatywy, w której w ostatnich dniach brała udział. To „KWARANTANIEC – QUARANDANCE” – 157 krótkich etiud tanecznych w wykonaniu polskich artystów tańca i choreografów. Teatr tańca w kwarantannie domowej, zarejestrowany w codziennych, często ciasnych pomieszczeniach. Dowód na to, że niemal każdy ruch i bezruch w rytmie jest tańcem. I że jest możliwy dosłownie wszędzie.

Ja też siedzę od kilku tygodni w domu, udając, że wszystko jest jak zwykle, a wieczorami urządzam wieczorki taneczne z moją suką Franką i kotką Zołzą. Obowiązkowo oglądamy też musicale.

„Kwarantaniec” kazał mi raz jeszcze zobaczyć jedną z moich ulubionych scen z (anty)musicalu „Tańcząc w ciemnościach” Larsa von Triera. Jest ona maksymalnie oszczędna w formie, ale za każdym razem, gdy ją widzę, czuję, jak coś ściska mnie w gardle. Selma – czechosłowacka emigrantka grana przez Björk – siedzi tu w celi śmierci, próbując wychwycić jakiekolwiek odgłosy. Wreszcie przykłada ucho do otworu wentylacyjnego i odbijając się od szmerów, zaczyna śpiewać. Śpiewa na oślep, bo straciła już wzrok. Selma kocha musicale, w których z definicji nie dzieje się nic złego i które pomagają jej przejść do alternatywnej rzeczywistości.
Tym razem jednak nie udaje jej się lekko przenieść do świata marzeń. Cela pozostaje celą śmierci, w jej życiu już nic nie zmieni się na lepsze.

Piosenka Selmy pochodzi z wielkiego broadwayowskiego musicalu „The Sound of Music”, z sukcesem zekranizowanego w 1965 roku. „Dźwięki muzyki” zgarnęły pięć Oscarów, a pozornie dziecinna piosenka zaśpiewana przez Julie Andrews zdobyła nieśmiertelność, inspirując twórców przez kolejne kilkadziesiąt lat. Jest coś w tej melodii, co przylepia się do ucha i czego już nie da się zapomnieć. W filmie Maria – opiekunka dzieci kapitana von Trappa – śpiewa ją w czasie burzy, żeby odwrócić uwagę podopiecznych od grzmotów i błyskawic. Cała siódemka małych von Trappów zapomina o bożym świecie, śpiewając razem z Marią.

Uwielbiam sposób, w jaki von Trier użył tej niezwykłej piosenki, dając jej w nowym kontekście zupełnie nowe życie. W kameralnej, niepozornej scenie w celi – w której „nic się nie dzieje”, muzyka, ruch i gest wyrażają więcej niż są w stanie objąć najbardziej wyszukane słowa.

My też sobie pomilczmy, potańczmy, i – ewentualnie – pośpiewajmy w kwarantańcu. Koniecznie przypominając sobie, co lubimy robić i co będziemy robić wkrótce.

Rekonesans…?

Minął rok od rozpoczęcia pracy przy moim początkowo mgławicowym jeszcze pomyśle na trylogię filmową o trzech kobiecych osobowościach. O trzech niecodziennych kobietach, żyjących w podobnym czasie, pionierkach, wyrastających poza swoje środowisko i otoczenie.

A mimo to wciąż czuję, jakby ta podróż w nieznane dopiero się rozpoczęła. Jakbym wyruszyła na roczny rekonesans, a to, co najważniejsze, jest jeszcze przede mną.

Każdy kolejny dzień przynosi nowe, czasem zaskakujące informacje na temat moich bohaterek. Wiem, że jest jeszcze wiele miejsc, do których nie dotarłam i rozmów, których nie przeprowadziłam.

Czasem nagle znajduję okruch, który rzuca zupełnie nowe światło na jakiś wątek czy rozwiązanie. Tak też było dzisiaj. Do tej pory przypuszczałam, że Stanisława Paleolog jako Podkomisarz policji kobiecej mogła mieszkać w Warszawie „skoszarowana”. W rozmowie z jej daleką rodziną również nie uzyskałam żadnych podpowiedzi na temat jej miejsca zamieszkania.

Książka „Dziewczęta w maciejówkach” Stanisława M. Jankowskiego, fragment str. 215

Aż tu nagle przyjrzałam się uważnie dokumentowi opublikowanemu w znakomitej książce Stanisława J. Jankowskiego „Dziewczęta w maciejówkach”. To kwestionariusz, który Paleolog musiała wypełnić, aby przyznano jej Krzyż Niepodległości. Dopiero teraz zauważyłam, że podaje w nim swój AKTUALNY ADRES z 19 grudnia 1933 roku: jest to ul. Śniadeckich 12 m. 50.

W tym samym miejscu mieści się dziś nowsza kamienica o numerze 12/16, bezpośrednio sąsiadująca od lewej strony z Instytutem Matematycznym PAN – pod numerem 8 (odbudowany w 1950 r.), a od prawej strony z zabytkową, secesyjną kamienicą z roku 1913. I choć odszukanie dawnego mieszkania Stanisławy Paleolog nie jest już możliwe, za kilka dni planuję się wybrać na ulicę Jana i Jędrzeja Śniadeckich…

Muzyka z duszą

Od półtora roku fascynuję się i powoli wnikam w świat hiszpańskiej kultury flamenco. To z jednej strony ekspresyjna technika śpiewu (cante), wyrażająca silne emocje, z drugiej muzyka oparta na compasie – rytmie, z trzyciej – taniec (baile), widowiskowy i hipnotyzujący.

Mówi się, że wykonany taniec, muzyka, i śpiew mają lub nie tzw. duende – to „coś”, duszę zaklętą w sztuce wywodzącej się z kultury andaluzyjskich Cyganów.

31 stycznia 2020 roku Królowa flamenco, 74-letnia La Chana, miała swój jedyny koncert we wrocławskim Imparcie. Kiedy była młodą dziewczyną, brała ponoć deskę i stepowała na niej w swoich podkutych butach, szukając inspiracji w naturze. Do dzisiaj ma niepowtarzalny styl, oparty na improwizacji. Urodziła się, by tańczyć.

Od początku intuicyjnie czułam w muzyce góralki Dziadońki podobną siłę i język wzięty prosto z natury, jak u La Chany. Dziadońka urodziła się, by grać i miała tę muzykę w sobie, zanim po raz pierwszy wzięła do ręki skrzypce. Góralska muzyka jest taka, jak góralskie życie. Wyraża silne uczucia, czerpie z tatrzańskiego krajobrazu i przestrzeni. Jest z jednej strony twarda i surowa, z drugiej czuła. Niepodobna do żadnej innej.

Co miłość wybaczy pijanej fordanserce? – piosenki międzywojnia ciąg dalszy

Rewia i kabaret przeżywały rozkwit w dwudziestoleciu międzywojennym, choć ich żywot bywał kapryśny. Jedne – jak Qui Pro Quo czy Cyrulik Warszawski – trwały latami, inne – jak Banda czy Cyganeria – upadały już w kilka miesięcy po powstaniu. Piosenki w latach trzydziestych wydawano na płytach i często sprzedawano od dnia premiery – tym większa była ich popularność. A że artyści kabaretowi zaczęli występować także w filmach, wkrótce śpiewane przez nich szlagiery miała na ustach cała Polska.

Film „Szpieg w masce” z 1933 roku nie był może najambitniejszym dziełem, ale na pewno mocno rozbudzał sentymenty i promował Hannę Ordonównę – „ulubienicę publiczności polskiej”, „polską królową mody”, „śpiewającą hrabinę”. To stąd pochodzą dwa wielkie przeboje: klasyczny walc „Miłość ci wszystko wybaczy” oraz slowfox „Na pierwszy znak”. Śpiewa je główna bohaterka RITA HOLM, artystka dancingowa.

Tak fabułę tej superprodukcji streścił jeden z filmoznawców, pisujących dla portalu filmpolski.pl: „Profesor Skalski (Jerzy Leszczyński) pragnie uwolnić ludzkość od strasznej i okrutnej plagi – wojny. W tym celu pracuje nad wyprodukowaniem promieni, które byłyby zdolne na odległość zahamować wszelkie motory, a więc przede wszystkim wrogich samolotów. Jest już bliski upragnionego triumfu naukowego. Lecz nie śpi wywiad państwa ościennego. Posługuje się agentką – śpiewaczką dansingową (Hanka Ordonówna), która śpiewem, tańcem i kuszącą urodą usidla syna wynalazcy (Jerzy Leszczyński), aby w ten sposób osiągnąć cel wrogiego wywiadu. Lecz oto między nimi rodzi się miłość prawdziwa. Opętanej przez intrygi polipa szpiegowskiego (Bogusław Samborski) – nie pozostaje wszakże już teraz wolny wybór… Wreszcie kotłujące się i kipiące namiętności miłosne oraz knowania szpiegowskie sięgają punktu wrzenia. Wynalazek jest dokonany, obcy wywiad go wykrada, następuje szaleńczy pościg, w czasie którego Jerzy strzela i trafia Ritę. Umiera ona ze słowami, że chciała wyrwać się z tego bagna, ale nie miała dość siły.”

Jedna z bohaterek „Luster”, Aniela Serek, która przybyła z prowincji do Warszawy w poszukiwaniu pracy, marzy o tym, by zostać artystką kabaretową. Musi jednak zadowolić się zajęciem fordanserki, co początkowo nie wydaje jej się najgorszym pomysłem. Przybiera na wzór Rity Holm pseudonim RITA, zachwycona „Szpiegiem w masce” (film 27 X 1933 miał premierę). Ale kolorowy świat nocnych dancingów pcha ją w ręce kryminalnego półświatka, sutenerów i ich prostytutek, z którego naiwną dziewczynę mogą uratować już tylko Brygady Kobiece Stanisławy Paleolog.

Slowfoks „Pijana fordanserka”, tutaj we współczesnym wykonaniu

Jak wyglądała praca fordanserki? Tak ją opisywał Jalu Kurek w swojej książce „Grypa szaleje w Naprawie”: Kiedy w dansingu poprawiła się frekwencja, otrzymywała po pięć złotych za noc oraz procent od wypitego alkoholu. Musiała więc siedzieć przy stoliku i pić. Pić jak najwięcej i zapraszać do picia partnerów. Słaba od przepicia, wylewała wódkę na kwiaty, do popielniczek, do wody sodowej; oczy mętniały, szła czym prędzej tańczyć, ale nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Trzeba jednak zarabiać. (…) Oprócz dansingu oraz stolików w barze były i gabinety. Tam się piło już wino, czasem szampana, od którego nieznośnie bolała ją głowa. (…) Wszyscy byli wtedy pijani i mieli wargi mokre, a oczy chorobliwie wysadzone na wierzch. Działał obłęd opilczy, który czynił każdą namiętność zwierzęcą i wstrętną.

Piosenki międzywojnia – „Fabryczna dziewczyna”

W mojej filmowej historii Stanisławy Paleolog oraz Zofii Smętek szczególnie ważna jest piosenka. Nie tylko zresztą ta, która zapisała się na kartach polskiej historii kabaretowo-filmowej.

Szukając tropów związanych z kobietami pracującymi w latach 20. w fabrykach i próbując wyobrazić sobie przy pracy w jednej z nich Zofię Smętek, trafiłam na znakomitą książkę Marty Madejskiej „Aleja włókniarek”. A w niej – na tekst piosenki pt. „Fabryczna dziewczyna”. Miała ona wiele wariacji, w późniejszych latach śpiewała ją również Kapela Czerniakowska. Ponoć jednak została wymyślona przez współpracowników z łódzkiej fabryki w latach 30. w hołdzie zmarłej robotnicy, po jej tragicznej śmierci w trybach maszyny.

Wyobrażałam sobie, jak pracownice fabryki, okutane w kraciaste chusty, idą bladym świtem na poranną zmianę i nucą tę piosenkę. To mogłyby być pierwsze ujęcia „Zosi” – jednej z trzech części „Luster”. Ale brakowało mi jeszcze „pieprzu”, który znalazłam gdzie indziej.

„Fabryczna dziewczyna” w późniejszej, krwawej wersji Kapeli Czerniakowskiej…

Odważną rockową wersję nagrał zespół Zgiełk w cyklu „Łódzkie Piosenki”. Zespół podaje, że autor tekstu jest nieznany, dziewczyna pracowała u Scheiblera, a piosenkę śpiewano w Łodzi w latach 30. XX w. „Fabryczna dziewczyna” dostała tutaj drugie życie i stała się dla mnie mocno inspirująca. Robotnice zaczęły tańczyć i złapały „powera”!

Paleolog o przyczynach prostytucji

Prostytutki na ul. Marszałkowskiej w Warszawie 1925 rok. Źródło: NAC

W rozdziale IV swojej książki „The Women Police of Poland 1925 to 1939” Stanisława Paleolog bierze sobie za cel opisanie przyczyn prostytucji w Polsce oraz warunków sprzyjających jej istnieniu. Zaznacza jednak, że niemożliwe jest wymienienie i rozpoznanie wszystkich przyczyn i okoliczności, które bezpośrednio lub pośrednio wpływają na rozwój prostytucji. Odwołuje się do popularnych w latach 20. i 30. teorii, szukających przyczyny stania się prostytutką w charakterze kobiety, w jej tzw. psychopatycznych skłonnościach. Nie zgadza się jednak, że to owe psychopatyczne skłonności są najważniejszą przyczyną; wg niej w Polsce jest nią bezrobocie.

Duński psychiatra, profesor Kemp,  mówi, że 80% prostytutek to psychopatki i twierdzi, że jest to nieuleczalne. Pani Hall w swojej książce „Prostytucja we współczesnym świecie” twierdzi, że w Anglii nie ma prostytutki, która mogłaby powiedzieć, że przyczyną stania się prostytutką były jej niewystarczające zarobki. Międzynarodowa Organizacja Kobiet Katolickich w swoim raporcie Ligi Narodów w 1932 pisze: „Doszliśmy do wniosku, że główną przyczyną prostytucji nie jest sytuacja ekonomiczna, lecz indywidualna, moralna lub społeczna.”. Z drugiej strony, raporty organizacji społecznych w krajach Europy kontynentalnej, w tym w Niemczech i w Polsce, wskazują, że w tych krajach bezpośrednią przyczyną prostytucji jest bezrobocie. Trudno stwierdzić właściwie i proporcjonalnie wpływ tych okoliczności na wzrost prostytucji. Jeśli psychopatyczne skłonności są bezpośrednią przyczyną, wtedy bieda, złe otoczenie, działanie elementów kryminalnych można uznać za czynniki niebezpośrednie. I vice versa.

Prowadząc swój wywód, Paleolog podaje liczne przykłady upadku kobiet wzięte wprost z ulicy lub z sali sądowej i muszę przyznać, że niektóre z nich są wyjątkowo przygnębiające. Nie mogę zapomnieć tzw. klasycznej historii W.C. – córki praczki i robotnika, który przepijał wszystko, co zarobił. Mała W.C. pomagała swoim rodzicom, handlując nielegalnie na ulicy. Została wypatrzona przez agenta handlu kobietami i dziećmi i uprowadzona przez niego do Łodzi, skąd miała być wysłana wraz z innymi kobietami do Argentyny. Jej zaginięcie zostało jednak zgłoszone do Kobiecej Brygady Policyjnej w Warszawie. Znaleziono ją w Łodzi w podejrzanym hotelu, w momencie gdy agenci negocjowali jej cenę – osiągnęła ona 500 zł… Mała W.C. wróciła do domu.
Jak pisze Paleolog, „Fizycznie nie zrobiono dziewczynie żadnej krzywdy, bo była zbyt cenna i Argentyńczycy mieli zapłacić za nią dobrą cenę. Ale to doświadczenie zostawiło bolesny ślad w umyśle dziecka, a w ograniczonych umysłach jej rodziców powstała myśl, by urodę dziewczynki wykorzystać finansowo. Rezultatem była prostytucja ze smutnym finałem – dziewczyna popełniła samobójstwo, rzucając się z 4. piętra. Jak możemy zobaczyć, dziewczyna nie miała żadnych psychopatycznych skłonności do prostytucji. To jej otoczenie i łańcuch okoliczności były przyczynami jej smutnego końca”.

Odpowiedzialnością za ten stan rzeczy obarcza Paleolog MĘŻCZYZNĘ z jego uprzywilejowaną pozycją w społeczeństwie. Zaskoczyło mnie, jak bardzo z jednej strony gorzkie, a z drugiej strony klarowne wnioski wyprowadza ze swojej wieloletniej pracy w policji. Paleolog nagle okazuje się feministką, świadomą swoich społecznych ograniczeń kobietą, która przecież tak wiele osiągnęła w męskim świecie międzywojennej policji. Jak pisze dalej (w swobodnym tłumaczeniu), gdyby nie mężczyzna i jego konsumpcyjny stosunek do seksu, prostytucji by nie było. A mimo to za jedyną winną i penalizowaną przez prawo uznaje się kobietę:

Rola mężczyzny jako konsumenta wcale nie jest mała w istnieniu prostytucji. W rzeczy samej możemy powiedzieć, że istnieje dla niego i dzięki niemu. Mężczyzna przez swoje ciągłe poszukiwanie chwilowych i niewiążących seksualnych relacji kreuje podaż i popyt, co jest połączone z istnieniem handlu kobietami i wykorzystywaniem prostytucji.  Całe brzemię związane ze środkami służącymi do tłumienia prostytucji, jak kary za chodzenie po ulicy, zaczepianie mężczyzn itp., to wszystko spadało zawsze i wszędzie na kobiety. Jej partner, który zaakceptował propozycję, albo nawet sam z nią wyszedł, nigdy nie ponosił żadnych konsekwencji. Zdarzało się nawet, że korzystając z zamieszania wzbudzonego przez interwencję policji, odchodził bez wypełnienia zobowiązań [finansowych] wobec partnerki. Ta uprzywilejowana pozycja mężczyzny we wzajemnym niemoralnym akcie nie ograniczała jego aktywności. Wręcz przeciwnie, dawała mu wolność działania i jego zachowanie zamiast być uznane jako nielegalne, było uznane za przywilej. To właśnie mężczyzna jest bezpośrednią przyczyną istnienia prostytucji. On tworzy potrzebę, która nie istniałaby bez niego. Polly Adler w swojej książce Dom, który nie jest domem pisze: „Prostytucja i prostytutki istnieją, ponieważ mężczyźni są skłonni płacić za seksualną gratyfikację, i jeśli mężczyzna jest w stanie za coś zapłacić, zostanie mu to dostarczone” .

Czytając ten fragment, po raz setny zdałam sobie sprawę, jak szalenie ważne jest, by doceniać przemiany obyczajowe, światopoglądowe i społeczne z ostatnich stu lat, które już na starcie stawiają współczesne kobiety w o wiele lepszym położeniu niż na początku XX wieku. Stanisława Paleolog miała pełną i bolesną świadomość ograniczeń czasów, w których żyła.

„Urodzone do burdelu”

Mój egzemplarz wspomnień Stanisławy Filipiny Paleolog, wydanych w roku 1957. Niestety, książka do tej pory nie została przetłumaczona na język polski.

W książce Stanisławy Paleolog znajdują się m.in. dwa rozdziały poświęcone przyczynom prostytucji w Polsce w latach 20. i 30. oraz walce z nią prowadzonej siłami policji kobiecej i innych instytucji oraz organizacji.

Paleolog kategoryzuje prostytutki, opierając się na swoich wieloletnich doświadczeniach zebranych przez tzw. Kobiece Brygady. Przytacza też wiele konkretnych spraw i przypadków, z jakimi miały do czynienia jej policjantki w czasie swojej służby, a także odkrywa mechanizmy rządzące światem (nie tylko warszawskich) sutenerów. Nie ma tu, oczywiście, ani krztyny naiwności, a jedynie trzeźwy osąd. Paleolog ma olbrzymią wiedzę o tym, jak bardzo skomplikowane bywały przyczyny upadku kobiet i ich zejścia na drogę prostytucji. Jednoznacznie czarnym charakterem w tej historii pozostają jednak sutenerzy, stręczyciele oraz zepsute do szczętu „burdelmamy”.

W jednym z fragmentów znalazłam szczególnie poruszający obraz. Może dlatego, że dla Stanisławy Paleolog rodzina i tradycyjne wartości wyniesione z domu były szalenie ważne. Może dlatego, że mam ją przed oczami na fotografiach z uroczystości Złotych Godów jej rodziców?: Można nawet powiedzieć, że [prostytutki] były religijne. Były wyjątkowo oddane Św. Marii Magdalenie, którą uważały za swoją patronkę. Praktycznie w każdym domu prostytutki wisiał obraz Marii Magdaleny. Większość z nich w dniu wielkich świąt, np. w Boże Narodzenie czy na Wielkanoc, nie szła do pracy, ale do kościoła. Próbowały spędzić ten czas w tradycyjny sposób, starając się przypomnieć sobie czas rodzinny, za którym tęskniły i o którym wiedziały, że dla większości z nich przepadł na zawsze. Ale były też oczywiście takie, które nie powracały do religijnych praktyk ani do wspomnień o rodzinie. One zwykły mówić: „Gdyby był Bóg, nie byłabym dziwką”.

Nie znalazłam u Paleolog echa naukowych teorii antropometrycznych jeszcze z końca XIX wieku, wciąż popularnych przed II wojną światową. A warto o nich wspomnieć, bo do lat 30. XX wieku teorie te, stworzone przez włoskiego kryminologa Cezara Lombroso, były przywoływane w polskim piśmiennictwie naukowym i społecznym. O tym, gdzie Paleolog upatrywała przyczyn prostytucji w Polsce, napiszę w kolejnym wpisie.

Książka Lombroso „Kobieta jako zbrodniarka i prostytutka” już w roku 1895 – dwa lata po publikacji oryginału – pojawiła się w polskim tłumaczeniu. Autor, włoski psychiatra, profesor medycyny sądowej w Turynie, doszedł do wniosku, że musi istnieć określony, antropologiczny typ „zbrodniarza urodzonego”. Wg niego szereg cech antropologicznych i antropometrycznych charakteryzowało tzw. „urodzone prostytutki”, m.in. asymetryczne rysy twarzy, duża silna szczęka, krzywy nos, mała pojemność czaszki, bujne owłosienie, asymetryczne brwi, ostre spojrzenie.

Równie wstrząsające po ponad stu latach od ich publikacji są badania Pauline Tarnowsky, przeprowadzone na 100 moskiewskich prostytutkach i opisane w książce „Étude anthropométrique sur les prostituées et les voleuses” (Paris: E. Lecrosnier et Bébé, 1889).

Fotografia z książki Pauline Tarnowsky (źródło TUTAJ)

Na wklejonej wyżej fotografii badaczka analizuje anomalie w twarzy i uszach prostytutek. Jak pisze Dr H. Kurella w książce „Lombroso i jego teorje” (1897), Nader charakterystyczną cechą fizjognomji zbrodniarzy, którą zresztą dzielą z chorymi na dziedziczne cierpienia nerwów i umysłu, stanowią wielkie, nieprawidłowo zbudowane uszy, prostopadle częstokroć sterczące na skroniach, podobne do uszu garnka. (str. 18) W swojej pracy Tarnowsky dzieli „kobiety nierządne” na te „urodzone” oraz te „z przypadku”. Obce jej jest myślenie, że cechy prostytutek miały charakter nabyty, a nie wrodzony, że były skutkiem uprawiania nierządu, a nie jego przyczyną.

Czy można mieć pewność, że tego rodzaju anachroniczne koncepcje o byciu predystynowanym do stania się prostytutką czy mordercą, jak te wyjęte z książek Lombroso i Tarnowsky, trafiły już do lamusa? Nie jestem o tym przekonana.

Portrety

Droga do powstania scenariusza jest żmudna i pełna zwątpień :). Myśląc o moich trzech bohaterkach, żyjących w podobnych latach, lecz należących do różnych światów, musiałam je sobie wizualizować w sposób, który pozwoliłby mi na nie spojrzeć z podobnej perspektywy. Zdjęcia, które po nich pozostały, częściowo są rozproszone, ale też skomplikowała się kwestia praw autorskich. Tym bardziej chciałam je zobaczyć i pokazać w podobnej konwencji, używając tych samych okularów. Trzy portrety.

Bronisława Dziadoń Konieczna
Zofia Smętek
Stanisława Filipina Paleolog

Inspiracją i najważniejszą referencją stały się dla mnie prace graficzne Colesa Phillipsa (1880-1927), zwłaszcza te stworzone dla magazynu „Life”. Uważam go za absolutnie genialnego grafika – i aż żal bierze, że nie ma nawet poświęconego mu hasła w polskiej wersji Wikipedii (https://en.wikipedia.org/wiki/Coles_Phillips).

Grafika Colesa Phillipsa

Proces powstawania portretów Stanisławy Paleolog, Bronisławy Koniecznej „Dziadońki” i Zofii Smętek trwał właściwie od lata do późnej jesieni 2019 roku. Ich autorką jest Ania Goszczyńska, graficzka, której bliskie są plakaty i ilustracje prasowe, w tym zwłaszcza portrety (http://goszczynska.com/).

Cieszę się, że wreszcie są – i mam nadzieję, że bez zbędnych słów opowiedzą Wam swoją historię.