O projekcie – LUSTRA

Ta strona internetowa jest zapisem zmagań w procesie powstawania scenariusza LUSTER – historii trzech niecodziennych kobiet żyjących w międzywojniu: Stanisławy Filipiny Paleolog, Bronisławy Koniecznej „Dziadońki” oraz Zofii Smętkówny.

To również miejsce, w którym będę podtrzymywała pamięć o tym, co minione. O ludziach, którzy odeszli, ale pozostawili po sobie trwały ślad.

Lustro odbija tego, kto zagląda do jego wnętrza. Jesteś w nim Ty i wszystko inne. Luster mogą być tysiące. Niektóre z nich są zamglone – te lubię najbardziej. Nie rozpraszają uwagi, ale skupiają wzrok na tym, co najważniejsze. Chciałabym, by taki charakter miała opowiedziana przeze mnie historia.

Jak to się zaczęło?

Przez ponad 4 lata pracowałam nad scenariuszem serialu obyczajowego rozgrywającego się w latach 20. XX wieku pt. „Drogi Wolności”. W 2018 roku 13 odcinków pierwszego sezonu „Dróg Wolności” trafiło na ekrany w TVP1 w tzw. prime-time. Projekt ten wymagał ode mnie wykonania ogromnego researchu, przesiedzenia godzin w bibliotekach, długotrwałego poznawania epoki dwudziestolecia. Pracując nad tworzeniem postaci fikcyjnych, trafiałam na fascynujące rzeczywiste kobiece postaci żyjące w tamtych czasach. Wtedy po raz pierwszy pojawiło się marzenie, by raz jeszcze zbudować filmowy świat dwudziestolecia, ale na innych zasadach – w niekomercyjnym, autorskim projekcie.

Bohaterki

Można powiedzieć, że trzy bohaterki same zapukały do moich drzwi.

Najpierw pojawiła się Zofia Smętek: lekkoatletka, oszczepniczka, biegaczka, piłkarka ręczna, tenisistka stołowa – mistrzyni i rekordzistka Polski. Pochodziła z Kalisza, karierę sportową rozwijała także w Łodzi i Warszawie. W roku 1939 wydano we Francji książkę opisującą jej losy pt. „Confession amoureuse de la femme qui devint homme”. Jak mówi tytuł, jest to „Miłosne wyznanie kobiety, która stała się mężczyzną”, spisane przez pisarza i dziennikarza Marcela Allaina. Nie znając francuskiego, trochę „w ciemno” sprowadziłam z zagranicy jedyny dostępny wówczas egzemplarz i postarałam się o jego przekład na język polski. To był jednak dopiero początek.

Tilly Fleischer, Maria Kwaœniewska, Luise Kruger, Zofia Smętkówna, lekkoatletyczny mecz Polska – Niemcy, Drezno 1935 r. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie.

Jako druga zapowiedziała się Stanisława Filipina Paleolog. Przy okazji jakiejś luźnej rozmowy zostałam skarcona przez moją dobrą koleżankę z czasów studiów na filologii klasycznej, że nic nie wiem o twórczyni kobiecej policji z lat 20. Wszczęłam więc prywatne śledztwo…, próbując ustalić rysopis i profil psychologiczny poszukiwanej. Stanisława Paleolog miała imponujący życiorys, którym z pewnością można by obdzielić kilka innych osób. Była uczestniczką 4 wojen, majorem Wojska Polskiego RP, funkcjonariuszką Policji Polskiej GG. Co najważniejsze, od 1925 roku kierowała Policją Kobiecą i zajmowała się jej organizowaniem. Była również kierownikiem sanitarno-obyczajowym VI brygady Urzędu Śledczego w Warszawie. Jest autorką nieprzetłumaczonej na język polski książki „The Women Police of Poland, 1925 to 1939”. (Na szczęście, jeden egzemplarz udało mi się ściągnąć z antykwariatu z Londynu.). Dzięki Komisarz Paleolog i wypracowanym przez nią metodom wychowawczym w resocjalizacji młodocianych przestępców nasze policjantki zyskały międzynarodowy rozgłos. Ich sukcesami interesowały się inne policje, w tym brytyjski Scotland Yard. Kto wie, jak potoczyłyby się dalsze losy Pani Komisarz, gdyby nie wybuch II Wojny Światowej. Na mnie wrażenie zrobił również fakt, że pochodziła z greckiego rodu Demetraki-Paleologów, którego przodkowie ok. 1729 roku wywędrowali z Grecji najpierw na Węgry, a sto lat później przenieśli się do Galicji do miasta Brodów. Szukając korzeni mojej potencjalnej bohaterki, udało mi się nawiązać kontakt z daleką rodziną Stanisławy Paleolog. Dzięki życzliwości krewnych w moje ręce wpadła praktycznie niedostępna już książka Mieczysławy Demskiej-Trębacz pt. „Kamień Paleologów. Okruchy z dziejów jednego rodu” (Lublin 2008), opowiadająca o skomplikowanych losach przodków i potomków Paleologów. Przyznaję, że pochodzenie Stanisławy Paleolog rzuca tym ciekawsze światło na jej biografię.

Portret Stanisławy Filipiny Paleolog, namalowany w latach 20. Zdjęcie dzięki uprzejmości p. Julity Makowieckiej.

Jako trzecia przyszła do mnie Bronisława Konieczna „Dziadońka”. Znalazła ambasadora w postaci mojego dobrego kolegi, który od lat zajmuje się promowaniem szeroko rozumianej „muzyki zakorzenionej”, dokumentuje i popularyzuje muzykę tradycyjną polskiej wsi w żywym kontekście kulturowym. Znów zostałam „upomniana”, że nic mi nie wiadomo o Dziadońce. Wiedziałam za to, że opowiedzenie historii muzykantki, skrzypaczki i prymistki góralskiej może okazać się zbyt dużym wyzwaniem dla takiego cepra jak ja. Ale jej twarda osobowość mnie uwiodła. Choć w tamtych czasach granie po góralsku było zajęciem wyłącznie męskim, już jako 12-letnia dziewczynka została prymistką rodzinnej muzyki (kapeli) Dziadoniów. Dorosłe życie spędziła w Bukowinie Tatrzańskiej. Znawcy góralskiej muzyki twierdzą, że zapoczątkowała tzw. bukowiańską szkołę góralskiej muzyki. W męskim gronie góralskich muzykantów zdołała wypracować własne, czołowe miejsce.

W pierwszym rzędzie ze skrzypcami w ręku – Dziadońka.

Uczennica „Dziadońki”, Stanisława Galica-Górkiewicz, mieszka w Bukowinie Tatrzańskiej. Być może są to ostatnie chwile, by dzięki jej wspomnieniom przywołać postać charyzmatycznej nauczycielki – i ocalić ją od zapomnienia. Muzyka tradycyjna od dawna przyciągała mnie jak magnes. Pewien kulturowo-muzyczny background zdobyłam, uczestnicząc w powstawaniu Akademii Kolberga, której celem jest tworzenie modelowego, innowacyjnego w warunkach polskich programu przywracania tradycyjnej muzyki do społecznej i kulturowej praktyki. Uznałam więc, że muszę spróbować. Przede mną stanęło jednak najważniejsze pytanie: w jakiej konwencji opowiedzieć o moich bohaterkach sprzed stu lat? Jaki klucz otworzy ich historie, by trafić do serca widza?

Poszukiwanie formy

Literacka opowieść Zofii Smętek, która stała się Witoldem, okazała się bardzo wymagająca formalnie. Intuicja podpowiedziała mi, że aby z lekkością i wdziękiem przełożyć te wspomnienia sprzed prawie stu lat na „ruchome obrazy”, potrzebuję specjalnego języka – wyrafinowanego instrumentarium. Musical – to jedno słowo brzęczało mi w głowie jak natrętna mucha. W musicalu przeszłość i przyszłość funkcjonują obok siebie bez zbędnego wartościowania. Świat staje się jeszcze bardziej umowny, a wyobraźnia może hulać bez opamiętania. Czułam, że właśnie takiej wolności i zabawy potrzebuję, by czerpać z tego ryzykownego projektu przyjemność. Poddałam się – i uznałam, że spróbuję.  

Joanna Wojdowicz