14. Dziadońcyne Granie w Bukowinie Tatrzańskiej

Scena Domu Ludowego w Bukowinie Tatrzańskiej

24 listopada 2019 roku w Domu Ludowym w Bukowinie Tatrzańskiej odbyły się 14. Spotkania Muzyk Podhalańskich „Dziadońcyne Granie” (program wydarzenia). Jak sama nazwa imprezy mówi, wydarzenie to upamiętnia najwybitniejszą góralską prymistkę Bronisławę Dziadoń – Konieczną. Specjalnie na tę okazję powołana Komisja Artystyczna złożona ze znanych muzykantów i fachowców zajmujących się muzyką góralską przesłuchała prezentujące się kapele i przyznała nagrodę honorową „Dziadońcyn Smycek”. Muzyki, w tradycyjnym 3-osobowym składzie, kolejno prezentowały swoje umiejętności, interpretując podhalańskie melodie.

Dom Ludowy w Bukowinie Tatrzańskiej zaprasza na Dziadońcyne Granie

Oczywiście, przyjechałam do Bukowiny i przesiedziałam cały konkurs na galeryjce Domu Ludowego, wsłuchując się moim niewprawnym uchem cepra we wszystkie wykonania. Przed rozpoczęciem muzykowania odbyła się jeszcze Msza Święta w pobliskim kościele parafialnym, a po niej muzykanci złożyli kwiaty na grobach Bronisławy Koniecznej „Dziadońki” oraz Eugeniusza Wilczka. Dziadońka spoczywa obok swojego męża, Edwarda Koniecznego. W każdym kadrze z malowniczego cmentarza w Bukowinie odnajdywałam intensywną flarę, jakby listopadowe słońce próbowało pokazać, że wokół dzieje się coś ważnego.

Grób Bronisławy Koniecznej „Dziadońki” na cmentarzu w Bukowinie Tatrzańskiej

Wspólne muzykowanie poprzedziło wręczenie Pani Stanisławie Galicy-Górkiewicz wyróżnienia w ramach Nagrody im. Romana Reinfussa przyznanego przez Województwo Małopolskie za wybitne i szczególne osiągnięcia w dziedzinie zachowania lokalnej tożsamości kulturowej oraz podziękowania za przekazanie dla Domu Ludowego prywatnego archiwum dotyczącego historii Bukowiny Tatrzańskiej jej mieszkańców i całego regionu. Pani Stanisława – uczennica Dziadońki – była także członkiem Komisji oceniającej grające kapele. No i się zaczęło. Podhalańskie nuty rozbrzmiewały do późnych godzin wieczornych. Uprzyjemniały także czas oczekiwania na werdykt.

Dziadońcyn Smycek – Nagroda Honorowa w przeglądzie
Retransmisja 14. Dziadońcynego Grania

Spośród 9 muzyk podhalańskich występujących w tradycyjnym trzyosobowym składzie zdobywcą „Dziadońcynego Smycka” została muzyka Józefa Długopolskiego z Dzianisza. Nagrody przyznano muzyce Tomasza Stocha-Gronkowiana z Zębu oraz muzyce Łukasza Murzańskiego z Bańskiej Niżnej. Podczas spotkania gościnnie zagrały dwie muzyki rodzinne: Polaków z Zębu i Majerczyków – Farbiorzy z Białego Dunajca oraz spontanicznie utworzona muzyka „Podłaźnicy rocznik ‘91”.

Na mnie wielkie wrażenie zrobiły słowa dyrektora Domu Ludowego i dobrego ducha całego wydarzenia, Bartłomieja Koszarka, który wielokrotnie podkreślał, jaką siłą i wartością jest rodzinne, międzypokoleniowe muzykowanie, czasem niewolne od błędów, ale grane prosto z serca. Tak też było i tym razem.

Bezcenne zdjęcia Dziadońki

W książce Stanisławy Galicy-Górkiewicz „Bukowina Tatrzańska. Góralskie życie” jest niezwykły rozdział 7 poświęcony muzyce i muzykantom. Pisze uczennica Dziadońki m.in. tak: „Muzyka góralska tworzyła się i rozwijała w tych samych trudnych warunkach, w jakich przyszło góralom żyć. Twarde życie w surowym klimacie, nieustanna walka z dziką górską przyrodą, bieda i głód ukształtowały charakter górali. Nadały im twardości, wytrwałości i zaradności. Nadały góralom poczucie niezależności i ślebody, którą górale cenią bardzo. Muzyka góralska, podobnie jak śpiew, wyrażała ich uczucia. Tworzyli ją sami górale, obdarzeni talentami artystycznymi we wszystkich dziedzinach życia. Natchnienie czerpali z otaczającej przyrody. Z tatrzańskiego krajobrazu, który swoją pięknością, majestatem i grozą nieustannie działał twórczo i inspirująco, nie tylko na górali”.

A tak pisał Seweryn Goszczyński w „Dzienniku podróży do Tatrów”: „Muzyka tańca jest całkiem oryginalna, niepodobna do żadnej muzyki tego rodzaju; jest niby jednotonna, ale tak rozmaita, tak jakaś nieskończona, tak dzika w swoim tonowaniu, że mieszkający nawet od dawna między Góralami wygrać jej nie mogą. I rzadki jest, kto by tego w zupełności dokonał.”

Wydawnictwa płytowe z muzyką Dziadońki

Muzyki Dziadońki można posłuchać właściwie dzięki dwóm wydawnictwom muzycznym. Pierwsze, to płyta wydana przez Dom Ludowy w Bukowinie Tatrzańskiej z okazji 120. rocznicy urodzin Bronisławy Dziadoń-Koniecznej pt. „Dziadońka”.

Drugie – jeszcze trudniejsze do dostania – to nagranie „Pierwszego Podhalańskiego Popisu Konkursowego Ludowych Muzyk Góralskich, Zakopane 18-20 kwietnia 1952”, wydane w 2012 roku przez Instytut Sztuki PAN.

Jeszcze trudniej dotrzeć jest do zdjęć sprzed kilkudziesięciu lat, na których jest obecna Dziadońka. Dzięki uprzejmości Dyrektora Domu Ludowego archiwizuję na tym blogu kilka z nich. Fotografie pochodzą z prywatnych zbiorów, z różnych lat. Ich wartość jest bezcenna.

Siedzi Dziadońka, za nią stoi Stanisława Galica-Górkiewicz.
Dziadońka po środku w pierwszym rzędzie.
Dziadońka widoczna z tyłu wozu.
Władysław Trebunia-Tutka sekunduje Dziadońce.
Kapela Dziadońki. Archiwum Heleny Głód.

Policjantki w dwudziestoleciu – twarde fakty

15 kwietnia 1925 r. rozpoczął się w Warszawie pierwszy, 3-miesięczny kurs policji kobiecej, na który przyjęto 30 pań. W lipcu tego samego roku 25 absolwentek kursu zostało przydzielonych do Urzędu Śledczego m.st. Warszawy, gdzie pod dowództwem Stanisławy Paleolog stworzono kobiecą Brygadę Sanitarno-Obyczajową. Pozostałych pięć policjantek skierowano do pracy w policji kryminalnej w Łodzi.

Referat policji kobiecej Centralnej Służby Śledczej w Warszawie. Odprawa policjantek 1935. Źródło NAC.

Policjantkom pragnącym wstąpić do służby stawiano wiele ograniczeń. Wymagano wysokiego poziomu moralnego (tzw. świadectwo moralności) i ideowego. Pierwszeństwo przyjęcia do służby miały kobiety, które przeszły wyszkolenie w oddziałach kobiecych podczas wojny lub były obeznane ze służbą wywiadowczą. Musiały ukończyć przynajmniej 4 klasy szkoły średniej lub 7 oddziałów szkoły powszechnej.

Przyjmowano tylko panny lub bezdzietne wdowy (zmiana stanu cywilnego pociągała za sobą wydalenie z policji). Musiały one wyglądać schludnie, niemal ascetycznie – nie można było malować ust ani farbować włosów.

Po ukończeniu szkolenia słuchaczki przechodziły 4-tygodniową praktykę zawodową w Urzędzie Śledczym m.st. Warszawy. Podobne kursy dla funkcjonariuszek zorganizowano jeszcze trzykrotnie – w 1929, 1936 i 1938 r. Dzięki temu w 1938 r. w polskiej policji służyło przeszło 150 pań, co stawiało nasz kraj pod tym względem na piątym miejscu w świecie.

Polskie policjantki przez długi czas nie nosiły mundurów. Dopiero w 1935 r. po wieloletnich staraniach doprowadzono do stworzenia w kilku miastach (Warszawie, Łodzi, Lwowie, Wilnie, Poznaniu i Gdyni) plutonów mundurowych, wprowadzając tym samym pierwszy oficjalny wzór umundurowania kobiecego w polskiej policji.

Warszawa sierpień 1939. Uliczny patrol policji kobiecej na ul. Pankiewicza. W tle budowa Dworca Głównego. Źródło NAC.

Najważniejsze zmiany zaszły właśnie w latach 1935-1936, w czasie reorganizacji policji kobiecej. W sierpniu 1935 r. komendant główny PP utworzył w Wydziale IV Komendy Głównej PP (Centrali Służby Śledczej) referat dla spraw oficerów i szeregowych – kobiet PP (referat policji kobiecej). Na jego czele stanęła podkom. Stanisława Paleolog.

Od tej pory rozpoczęto tworzenie sieci terenowych jednostek policji kobiecej oraz rozbudowano organizację działającej od 1925 r. brygady w Urzędzie Śledczym m.st. Warszawy. W ramach brygady wydzielono w stolicy 25-osobowy pluton umundurowanych policjantek, które miały prowadzić działalność prewencyjną i opiekuńczą. W 1936 r. rozpoczęto tworzenie specjalnych izb zatrzymań, gdzie osadzano dzieci i nieletnich.

Polski Komitet Walki z Handlem Kobietami i Dziećmi oraz początki policji kobiecej

Grupa kobiet przed wejściem do pomieszczenia Misji Dworcowej opieki nad podróżującą młodą kobietą. Grudzień 1925 rok. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Problem prostytucji i handlu kobietami oraz dziećmi w znaczącym stopniu dotykał międzywojennej Polski. Trudno nam dziś nawet wyobrazić sobie skalę tego procederu. Służącym, pokojówkom czy innym młodym kobietom w trudnej sytuacji życiowej oferowano dobrą pracę za granicą, zwabiano na statki, a następnie wywożono do domów rozpusty, głównie w Ameryce Południowej. Nierzadko stręczyciele podający się za bogatych Amerykanów biorą z młodymi Polkami lub Żydówkami ślub, po czym wywożą swoje młode żony do burdeli w Argentynie. W Ameryce Południowej przez długie lata handlem żywym towarem zajmowało się Warszawskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy, przemianowane na Towarzystwo Cvi-Migdal.

W 1923 r. wreszcie utworzono w Polsce Komitet dla Zwalczania Handlu Kobietami i Dziećmi. Inspiracją do tworzenia takich komitetów w Europie był zwołany w 1899 roku kongres w Londynie, poświęcony walce z handlem białymi kobietami, w czasie którego powołano do życia Międzynarodowy Komitet Zwalczania Handlu Kobietami i Dziećmi. W Polsce dopiero po odzyskaniu niepodległości pojawiły się warunki do powołania krajowego oddziału tego komitetu.

Cytuję za dostępnym w sieci artykułem Piotra Gołdyna pt. Wybrane aspekty działalności liderów Polskiego Komitetu walki z Handlem Kobietami i Dziećmi (1923-1939) : „Jedną z głównych płaszczyzn działalności polskiego komitetu było prowadzenie misji dworcowych. Główna działalność tych placówek polegała na pomocy podróżującym kobietom. W tym celu specjalnie do tego celu przygotowane kobiety patrolowały dworce kolejowe i autobusowe. Udzielały wskazówek co do adresu, pod który udawały się podróżujące niewiasty, udzielały schronienia, interweniowały w przypadkach podejrzenia o handel żywym towarem, czy wreszcie pośredniczyły w znalezieniu pracy. Wszędzie starano się rozpowszechniać informacje o działalności misji dworcowych, aby w ten sposób zachęcać młode dziewczęta do korzystania z wszelkiej oferowanej pomocy. Elementem rozpoznawczym były noszone przez delegatki misji opaski – biało-żółte dla katoliczek i biało-amarantowe z krzyżem maltańskim dla ewangeliczek”.

Jednak chyba najważniejszym osiągnięciem Polskiego Komitetu Walki z Handlem Kobietami i Dziećmi było powołanie wraz z Komendą Główną Policji Państwowej oddziałów policji kobiecej. Nastąpiło to w roku 1925 decyzją ministra spraw wewnętrznych – oczywiście, na wniosek Komitetu. Dowództwo nad kompanią szkolną przyszłych policjantek wkrótce powierzono Stanisławie Paleolog. 

Piotr Gołdyn podaje też opinię wyrażoną w ówczesnej prasie na temat specyfiki pracy policjantek, z założenia mających się zajmować sprawami kobiet i nieletnich: „Charakter tych przestępstw niejako przesądza sprawę przysposobienia kobiet do ich zwalczania, daje bowiem pewność, że do walki tej wniosą nie tylko surową metodę represji, lecz widząc krzywdę swych sióstr-kobiet, wniosą do swej służby pierwiastek miłości bliźniego, łącząc tym samym swą czysto policyjną służbę z aktem opieki społecznej. [J.S., Do walki z nierządem, „Na posterunku” 1929, nr 47, s. 729-730]

Niestety, w praktyce przełożyło się to na zakaz zakuwania przestępców w kajdanki przez policjantki. Funkcjonariuszki same nie miały prawa aresztować pochwyconych na przestępstwach osób, rzekomo ze względu na ich bezpieczeństwo, ale też by „nie narazić na szwank autorytetu organu policyjnego”. Dochodziło więc do absurdalnych sytuacji, gdy musiały szukać telefonu, by poinformować kolegów z mundurowej czy cywilnej służby śledczej, by przyjechali na miejsce zdarzenia i dokonali aresztowania zamiast nich. Same mogły jedynie uświadamiać i ostrzegać…. Cóż, znak czasu.

Policjantki podczas służby w izbie zatrzymań. Sierpień 1938. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Służba kurierska – wspomnienia z obrony Lwowa 1918

W biografii Stanisławy Paleolog nie można pominąć lat 1918-1819, które spędziła we Lwowie. Po próbie opanowania Lwowa przez Ukraińców w nocy z 31 października na 1 listopada 1918 r., została przez Komitet Obywatelski Polek skierowana do pracy w szpitalu, ale już następnego dnia rozpoczęła służbę kurierską i wielokrotnie z narażeniem życia przekradała się przez linię frontu. Za zasługi podczas walk o Lwów Paleolog została odznaczona Krzyżem Niepodległości i Krzyżem Obrony Lwowa z Mieczami, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Orląt, Medalem Pamiątkowym za Wojnę 1918-1921 i Medalem Dziesięciolecia Odzyskania Niepodległości. Po wyparciu z miasta Ukraińców wstąpiła do Milicji Obywatelskiej Kobiet. Na przełomie lat 1918 i 1919 uczestniczyła w organizacji zbrojnej – Ochotniczej Legii Kobiet (OLK).

Walki polsko-ukraińskie – obrona Lwowa. Patrol legionistek w listopadzie 1918. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Wielkie wrażenie zrobiły na mnie jej wspomnienia, obrazowe jak gotowy materiał na scenariusz filmu, opublikowane wśród wielu innych świadectw w książce Służba Ojczyźnie. Wspomnienia uczestniczek walk o niepodległość 1915-1918 (Warszawa 1929). Rozdział autorstwa Stanisławy Paleolog pt. Służba kurierska zamieszczam poniżej. Cała publikacja dostępna jest do pobrania na stronie Biblioteki Cyfrowej UMCS.

Walki polsko-ukraińskie – obrona Lwowa. Mogiły poległych na placu Bema. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Pamiętnej jesieni roku 1918 mieszkałam we Lwowie i pracowałam jako urzędniczka w Namiestnictwie. Koleżanki i koledzy biurowi mówili wówczas często o Radzie Regencyjnej, o tem, że ma zjechać do Lwowa, i o zmianach, jakie z tego powodu zajść miały.

Oprócz tego, umysły lwowian zajęte były sprawą ukraińską — dochodziły nas głuche wieści o organizowaniu przez Ukraińców jakiejś akcji bojowej z powodu Lwowa i Galicji Wschodniej.

Ostatniego października, w wigilię Wszystkich Świętych, o godzinie 12 w nocy wracałam z siostrą i znajomymi z teatru. Idąc ulicą Teatyńską, usłyszeliśmy przeciągły, żałosny jęk. Serce ścisnęło mi się w przeczuciu czegoś groźnego, a zarazem czegoś niezmiernie ważnego. Jak się wkrótce dowiedziałam, był to śmiertelny jęk legionisty zabitego przez Ukraińców.

Po niespokojnie przespanej nocy, nazajutrz rano, o godzinie 9-ej wyszłam na ulicę w kierunku mego biura. Ku wielkiemu memu zdziwieniu przy bramie zagrodził mi drogę żołnierz ukraiński w austrjackim mundurze; na moje żądanie wpuszczenia mnie do gmachu pchnął mnie kolbą karabina i krzyknął z wściekłością: ,,U’riadowaty sia ne budę”. Zrozumiałam, że sprawdziły się obawy lwowian — miasto zajęli Ukraińcy i stali się panami sytuacji.

Owładnął mną gniew. Pragnąc zasięgnąć informacyj o stanic oblężenia i o zamiarach polskiego społeczeństwa, udałam się na plac Akademicki 1, do Komitetu Obywatelskiego Polek. Ani przez chwilę nie wątpiłam, że będziemy walczyć o Lwów i że go obronimy.

W Komitecie zastałam kilkanaście osób, obradujących nad utworzeniem posterunku sanitarnego w lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek. Dowiedziałam się też, że młodzież polska wszczęła już akcję obrony miasta i że legjoniści, peowiacy i studenci walczą już w okolicy Dworca Głównego i Szkoły Sienkiewicza, stanowiącej w tej chwili rodzaj obronnej twierdzy. Miasto zostało podzielone na dwie części — polską i ukraińską; linja polskiego Lwowa sięgała w tej chwili od Dworca do Techniki. Następnie  dowiedziałam się, że są już zabici i ranni. Rannym trzeba było nieść pomoc.

Natychmiast zgłosiłam się do służby sanitarnej, pozostawałam w niej jednak tylko dzień jeden, gdyż sanitarjuszek było bardzo wiele, żołnierzy zaś walczących z bronią w ręku — bardzo mało.

W lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek, na Placu Akademickim, urządzono punkt opatrunkowy i zakonspirowano jego załogę, składającą się z kilku żołnierzy.

Dnia 1 listopada, w nocy, w przewidywaniu jakiejś akcji ze strony otaczających dom patroli ukraińskich, zarządzono ostre pogotowie. Oprócz załogi były tam sanitarjuszki, brakowało jednak lekarza. Z pośród obecnych w lokalu kobiet jedna zwróciła moją szczególniejszą uwagę; uderzyło mnie mocne spojrzenie jej pięknych oczu i stanowczy wyraz twarzy. Była to p. Aleksandra Zagórska. Ona to zdecydowała, że trzeba natychmiast sprowadzić lekarza. Wobec późnej godziny i ogłoszonego przez Ukraińców stanu oblężenia, zabraniającego wychodzić na ulicę po godzinie 5-ej, chętnych do wykonania wyprawy na miasto nie było. Ja jednak wzięłam to jako rozkaz dla siebie i udałam się na ulicę Pańską do jednego z mieszkających tam lekarzy. Po pewnym czasie wróciłam z nim do Komitetu Obywatelskiego Polek bez żadnych szczególnych przygód.

Po powrocie zaczęłam rozmowę z p. Zagórską. W nastroju niespokojnego oczekiwania, przy zabarykadowanych szafami oknach, słuchałam opowiadania o udziale jej w rewolucji 1905 roku. W toku rozmowy dowiedziałam się następnie, że obecnie na ukraińskiej stronie Lwowa została zorganizowana Polska Komenda Uzupełnień, mająca na celu utrzymywanie kontaktu z Komendą Wojsk Polskich na polskiej stronie Lwowa (ul. Grunwaldzka 8). W tym celu p. Zagórska przy Komendzie Uzupełnień organizuje oddział kurjerek. Zadaniem ich będzie przedzieranie się przez linję bojową i przenoszenie wszelkich raportów o ruchach wojska ukraińskiego do Komendy Wojsk Polskich oraz przeprowadzanie ochotników, zgłaszających się do szeregów wojska polskiego. Do oddziału kurjerek zgłosiła się już Wanda Lechowin, z zawodu szewc, bardzo dzielna dziewczyna.

Bez chwili namysłu wyraziłam chęć pełnienia tej służby i prosiłam panią Z., o przyjęcie mnie do oddziału. Z niecierpliwością oczekiwałam świtu, gdyż pani Z, obiecała wysłać mnie z rannym raportem na tamtą stronę. O godzinie 7-ej przyniesiono z Biura Wywiadowczego zwiniętą kartkę. Był to właśnie raport.

Pani Z. oświadczyła mi, że pójdziemy razem przez linję bojową, gdyż zamierza przedostać się do swego domu na Kulparków. Wybrałyśmy drogę koło Cytadeli, jako najpewniejszą. Po drodze spotkałyśmy Wandę Lechowin, która poszła z nami. Na murach było wojsko ukraińskie, na południowych stokach stali nasi oficerowie. Żeby przedostać się do naszych, trzeba było przejść ulicę Pełczyńską, gęsto ostrzeliwaną przez Ukraińców. Na chwilę przystanęłyśmy; pierwszego przykrego wrażenia doznałyśmy nie z powodu strzałów, lecz na widok trupów, leżących w poprzek ulicy. Były to osoby cywilne, prawdopodobnie dążące do sklepiku po zakupy. Pomimo gęstych strzałów przeszłyśmy szczęśliwie. Pani Z. pożegnała nas i poszła do domu, my zaś udałyśmy się na ulicę Grunwaldzką do Komendy Wojsk Polskich.

Po doręczeniu raportu, zabrałyśmy z redakcji „Pobudkę“ (dziennik wydawany przez Komitet Obrony Lwowa). Ukrywszy 10 numerów tego pisma pod ubraniem na plecach, udałyśmy się z powrotem tą samą drogą. Gdy doszłyśmy pod Cytadelę, gdzie stali nasi, jeden z oficerów przydzielił nam żołnierza. Spostrzegli to Ukraińcy i natychmiast podwoili ogień, kierując go wyraźnie w naszą stronę. Kule zaczęły tak gęsto świstać nam koło uszu, że zmuszone byłyśmy prosić naszego towarzysza, by nas zostawił własnemu losowi.

Na ulicy św. Zofji zatrzymał nas żołnierz ukraiński, wprowadził do bramy i zaczęła się rewizja osobista. Serca nam przestały bić na chwilę. Nie było wątpliwości, że, w razie znalezienia ,,Pobudki”, spotka nas śmierć pod murami tejże kamienicy, bez sądu, z rąk tego oto żołnierza. Rewizja była bardzo dokładna. Obejrzał uważnie zdjęte na rozkaz obuwie, kapelusze, przesunął rękami po sukni — „Pobudki“ jednak nie znalazł. Jakieś dziwne, niewytłumaczone szczęście uratowało nas od niechybnej, jak nam się zdawało, śmierci. Za chwilę szłyśmy dalej, ciesząc się, że jesteśmy uratowane i że możemy spragnionym przynieść wiadomości z „tamtej“ strony.

Od tego czasu kursowałam stale, jak wszystkie nasze kurjerki, bądźto linją bojową, bądź drogą okólną. Często bardzo towarzyszyła mi w tych wędrówkach niestrudzona Wanda Lechowin. Takich wypraw miałyśmy wiele, wobec konieczności utrzymywania stałego kontaktu między Komendą Uzupełnień a Komendą Wojsk Polskich. Jako przykład wymienię tu parę przejść charakterystycznych.

Dnia 8 listopada otrzymałam polecenie zrobienia wywiadu na Wysokim Zamku, dla ustalenia, ile dział i jakie posiadają Ukraińcy na tej pozycji. Wywiadu dokonałam, ale w drodze powrotnej zostałam lekko raniona w lewe ramię.

Tego samego dnia, około godziny 12 w nocy przybył do lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek kpt. Sulimirski i oznajmił, że Ukraińcy przygotowują wielki atak na godzinę 1-ą w nocy. Wiadomość tą należało zanieść niezwłocznie do Komendy Wojsk Polskich. Od pomyślnego wykonania tego polecenia zależało nasze zwycięstwo.

Wobec tego, że chwila do przejścia linji bojowej była bardzo nieodpowiednia i niebezpieczna, kpt. S. proponował pójście „na ochotnika“. Zgłosiłam się od razu. Pani Zagórska nie pozwoliła mi jednak iść samej — na drugą zgłosiła się Wanda Lechowin.

Krótka przemowa pani Z. o ważności zadania, o niebezpieczeństwie i konieczności zachowania największych ostrożności, kilka serdecznych słów kpt. S. na drogę i — poszłyśmy.

Postanowiłyśmy iść przez park Stryjski i Szkołę Kadecką. Zaraz na placu Akademickim zatrzymał nas oficer ukraiński i, przykładając rewolwer do piersi Wandy, zapytał, dokąd idziemy. W pierwszej chwili byłyśmy przerażone postawą oficera, zdawało się, że lada moment zastrzeli nas; wiedziałyśmy dobrze, że tego rodzaju wypadki zdarzały się często w czasie tej wojny. Po chwili zaczęłyśmy się tłumaczyć, mówiąc, oczywiście, po rusku; podałyśmy się za Rusinki, w dowód czego Wanda pokazała jakąś metrykę grecko – katolicką, w którą przezornie zaopatrzyła się przedtem. Tłumaczyłyśmy, że śpieszymy do umierającego ojca, że iść musimy. Argumenty te przekonały go widać, bo nas puścił.

Idąc w stronę parku Stryjskiego, ujrzałyśmy z daleka kilku żołnierzy ukraińskich i oficera przy karabinie maszynowym. Natychmiast zbliżyli się ku nam. Nastąpiły te same pytania i te same nasze tłumaczenia. Mówiłyśmy, że poprzedni patrol nas puścił i że nie powinni nas zatrzymywać. I tym razem jakoś nie zaaresztowano nas. Poszłyśmy dalej.

W parku ciemność, pustka! Liście szeleszczą nam pod nogami. W ciszy nocnej słychać każdy nasz krok. Od Szkoły Kadeckiej padają strzały. Tam są nasi. To oni strzelają do nas. Przypadłyśmy do ziemi, chwilę leżymy spokojnie, potem wstajemy i idziemy dalej. Znowu strzały! Znów więc padamy na ziemię i zaczynamy czołgać się w kierunku strzałów. Wreszcie głos cienki ni to męski, ni niewieści zapytuje: „Kto idzie?“ „Swój!“ „Hasło?”?

„Nie znamy hasła, idziemy z rozkazem dc Komendy Wojsk Polskich! Ten sam cienki głos rozkazuje: ,,Stać”!? Po chwili słyszę rozmowę w ciemności, ale, nie widząc nikogo, posuwam się dalej.

„Obywatelko, czy macie papierosa?“ – zapytano mnie nieoczekiwanie.

Zabłysły dwa światełka. Zobaczyłam wówczas dwie postacie, była to Wanda Lechowin i ów żołnierz — dzieciak, nie mający więcej ponad 16 lat. Wanda rozmawia z żołnierzem, leżącym w okopie.

Zapytuję: „To wy strzelaliście do nas?”?

„Ja z drugim kolegą” – brzmiała odpowiedź.

Powiedziałam, że chcemy pójść do Szkoły Kadeckiej, że niesiemy rozkaz do Komendy Wojsk Polskich.

„Przeprowadzimy was” – proponuje żołnierzyk.

„Dziękujemy, najgorsze już minęło, pójdziemy same“.

„W takim razie powiedźcie tam w Szkole, żeby nas zmienili, zostajemy na posterunku od 24-ch godzin — jesteśmy głodni, zmęczeni i brudni!”.

W Szkole Kadeckiej nie chciano puścić nas dalej bez hasła lub okazania kartki, którą niosłyśmy do Komendy Wojsk Polskich. Mając wyraźny rozkaz oddania tej kartki tylko majorowi Kmicie, nie chciałyśmy oddać jej nikomu innemu. Wyratował nas z kłopotu znajomy mi dr. Leszek Jakliński, który za nas zaręczył. Przepuszczono więc i poszłyśmy, a raczej pobiegłyśmy dalej, aby zdążyć do Komendy przed godziną 1-ą w nocy. Udało się nam na czas wręczyć raport majorowi Kmicie. Kilkakrotnie dziękował nam za dostarczenie tak ważnej wiadomości i pytał, czy rzeczywiście nie było mężczyzn, którzy by przynieśli ten rozkaz. Powiedziałyśmy wtedy, że poszłyśmy „na ochotnika”. Zapytał nas, czy nie mamy jakiego życzenia. „Jeść”, powiedziałyśmy obie jednocześnie, bo z aprowizacją w tych ciężkich dniach było bardzo trudno i od 2-ch dni nic prawie nie miałyśmy w ustach.

Podano nam trochę zimnej baraniny i wskazano nocleg w niemniej zimnym pokoju. Tu, mimo zmęczenia i chłodu, czułyśmy się dziwnie szczęśliwe.

Rano wzięłyśmy kilka numerów „Pobudki” i na Żubrzę i Sokolniki, drogą wynoszącą około 13 kilometrów, wracałyśmy do Komitetu Obywatelskiego Polek. W parę dni później spotkałam na ulicy siostrę moją Helenę, która mi opowiedziała, że stan zdrowia jednej z kurjerek, Felicji Sulimirskiej, jest bardzo ciężki i że prosi o sprowadzenie do niej rodziców, których chciałaby przed śmiercią pożegnać. Mieszkali na ulicy Piotra i Pawła. Schylając się pod murami kamienic, aby się uchronić od strzałów, padających od cmentarza, szłyśmy ulicą Łyczakowską w kierunku mieszkania pp. S. Na rogu ulicy Piotra i Pawła zatrzymał nas ukraiński żołnierz i nie chciał nas przepuścić. Z ciężkiem sercem musiałyśmy powrócić, nie spełniwszy ostatniej woli naszej koleżanki. Nie pożegnana przez nikogo z najbliższych, umarła w parę godzin potem.

Prócz wywiadów i przenoszenia raportów do Komendy Wojsk Polskich, do obowiązków naszych należało przeprowadzanie na polską stronę mężczyzn, chcących wstąpić w nasze szeregi. Przeprowadzanie takie odbywało się najczęściej okólnemi drogami, z koszykami lub torbami na plecach, pod pozorem, że się idzie po zakupy prowjantów.

W chwilach wolnych od swych zajęć zajmowałyśmy się kolportowaniem „Głosu Polskiego“. Nie było to rzeczą bezpieczną i łatwą wobec czujności Ukraińców. Rozdawało się gazetkę w rozmaity sposób. Doręczało się do domów, rozdawało w lokalach publicznych, jadłodajniach polskich, a nawet kościołach po nabożeństwie.

Wobec zdemolowania przez Ukraińców wszystkich drukarń i zamknięcia wszystkich redakcyj dzienników polskich, każda wiadomość o sytuacji wojskowej i ogólnej była przyjmowana przez społeczeństwo polskie skwapliwie i z radością; z drugiej strony trzeba było działać ostrożnie, aby przez oddanie gazety w niepowołane ręce nie zdemaskować całej naszej roboty.

Dnia 21 listopada wróciłam późno z ,,tamtej strony” i zmęczona położyłam się w lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek na jednem z łóżek, przeznaczonych dla rannych. Rano obudził mnie straszny huk. Wyszłam na balkon i zobaczyłam, że jedna z kamienic na ulicy Akademickiej została uszkodzona granatem, słychać też było dość oddalone strzały. Ulicami maszerowały całe szeregi żołnierzy. W pierwszej chwili myślałam, że to są Ukraińcy. Wtem usłyszałam słowa piosenki — ,,Wojenko, wojenko!”. Zrozumiałam wreszcie, że Lwów jest wolny, że to są nasi.

Wybiegłam na rynek — na Ratuszu powiewały polskie chorągwie. Nieprzytomna radość rozsadzała serce. Zawiadomiłam niezwłocznie panią Zagórską i we trzy razem z Wandą Lechowin udałyśmy się na miasto. Sejm stał cały w płomieniach. Był to widok cudowny, ale pełen grozy. Smutno było patrzeć na poszarpane kulami drzewa w ogrodzie Jezuickim.

Radość tego dnia została zmącona straszną wieścią o śmierci 14-stoletniego Jurka, syna p. Zagórskiej. Zginął tej nocy śmiercią żołnierską na cmentarzu Łyczakowskim.

Przez dni kilka grzebałyśmy naszych bohaterów.

Z chwilą oswobodzenia Lwowa skończyła się służba kurjerska.

Wstępowałyśmy wówczas do zorganizowanej przez p. Zagórską Obywatelskiej Milicji. Jedna tylko Wanda Lechowin, z którą odbyłam większość moich wywiadów i wypraw „na tamtą stronę“, wyjechała jako kurjerka do Mikołajowa i tam dostała się do niewoli ukraińskiej. Po wielu tygodniach więzienia ukraińskiego, udało się jej, przy pomocy komendanta P. O. W. w Drohobyczu, uciec z niewoli, na Węgry. Po długiej tułaczce o chłodzie i głodzie wróciła do Lwowa z początkami gruźlicy. Organizm jej, nadszarpnięty ciężką pracą służby kurjerskiej i okropnymi warunkami niewoli, nie mógł już zwalczyć choroby. Zmarła w Krakowie po kilku latach cierpienia. Była jedną z najlepszych i najdzielniejszych kurjerek. Niezmordowana w pracy, niezmiernie odważna, znająca świetnie teren, niejednokrotnie pomimo niesłychanego zmęczenia po trzy razy jednego dnia przechodziła linję bojową, oddając sprawie polskiej niezmierne usługi. Cześć jej pamięci!

„Ludzie, którzy zmieniają płeć”

Przeglądając polską prasę z lat 30. w poszukiwaniu artykułów na temat lekkoatletki Zofii Smętek, często natrafiałam na złośliwe komentarze dotyczące jej fizycznej przemiany, czy też dyskredytujące jej dotychczasowe osiągnięcia. Zaskoczyło mnie jednak, że natykałam się również na wiele tekstów odnotowujących zmianę lub raczej korektę płci wśród europejskich lekkoatletów, artystów, ale i wśród zwyczajnych ludzi. Oczywiście, wzmianki te podawane były w gazetach w tonie sensacji, tak aby zaszokować lub rozbawić Czytelnika, stały jednak za nimi prawdziwe ludzkie dramaty. Poniżej zamieszczam dwa artykuły z łódzkiego „Expressu Ilustrowanego”, w których mowa jest o zmianie płci, czy raczej o przypadkach hermafrodytyzmu. Szczególnie nagłośniona została historia Einara Wegenera, duńskiego malarza, znanego po przemianie jako Lili Elbe, o czym wzmianka znajduje się w drugim artykule – Mężczyzna, który był… kobietą. W 2016 roku wszedł do polskich kin film „Dziewczyna z portretu” („The Danish Girl”), opowiadający o losach Einara i Gerdy Wegenerów, który zresztą gorąco polecam.

Artykuł z „Expressu Ilustrowanego” 1933 r., nr 186.
Artykuł z „Expressu Ilustrowanego” 1933 r., nr 237.

Od śmierci Einara Wegenera/Lili Elbe za rok minie 90 lat, a tymczasem hermafrodytyzm wciąż w wielu krajach, społeczeństwach i środowiskach pozostaje tematem tabu. W Polsce poziom wiedzy na temat interseksualizmu jest znikomy i wciąż wywołuje on niezdrowe emocje, jakby był jakąś psychiczną aberracją. Tymczasem interseksualizm/hermafrodytyzm jest chorobą spowodowaną genami lub hormonami. Hermafrodyta to osoba, która posiada dwa układy rozrodcze – męski oraz żeński – występujące w różnych rozmiarach. Jeden narząd płciowy zazwyczaj bardzo mocno dominuje, lecz zdarza się, że jednoznacznie można to określić dopiero w okresie pokwitania. I uwaga! Statystyki mówią, że hermafrodytów rodzi się więcej niż osób z zespołem Downa. Niektóre źródła podają, że 1 człowiek na 500 rodzi się z hermafrodytyzmem. Dlaczego więc wciąż boimy się o tym mówić?

W ciągu ostatnich stu lat światem sportu wielokrotnie wstrząsały skandale związane z trudną do jednoznacznego określenia płcią zawodniczek. Przypomnijmy tylko kilka z nich.

Stanisława Walasiewicz (1911-1980) – słynna polska sprinterka, mistrzyni olimpijska i wielokrotna rekordzistka świata. Przeprowadzona po jej tragicznej śmierci autopsja wykazała, że oprócz narządów płciowych żeńskich posiadała także nie w pełni rozwinięte męskie. MKOl i IAAF długo debatowały, czy Polce należy odebrać medale i rekordy, jednak żadnej oficjalnej decyzji nie ogłoszono i nie wygumkowano Walasiewicz z historii sportu.

Zdenka Koubkova (1913-1986) – lekkoatletka z Czechosłowacji. Zdobyła dwa medale na Mistrzostwach Świata Kobiet w 1934 r. i kilka krajowych tytułów w biegu na 100–800 m, w skoku w dal i skoku wzwyż. W 1936 r. przeszła operację zmiany płci z żeńskiej na męską. Jako Zdeněk Koubek pożegnał się ze sportem.
(Zofia Smętek była wielokrotnie porównywana z Koubkovą, głównie po to, by ukazać naszą polską zawodniczkę w niekorzystnym świetle).

Dora Ratjen (1918-2008) lub Hermann Ratjen – została zmuszona przed Igrzyskami w Berlinie przez nazistowską organizację do startu i wzięcia udziału w konkursie w skoku wzwyż. Najprawdopodobniej była obojnakiem. Na wiedeńskich ME ustanowiła rekord świata. Później jednak została zdemaskowana jako mężczyzna i zdyskwalifikowana.

Richard Raskins (ur. 1934) – amerykański tenisista, który w 1975 roku w wieku 41 lat poddał się operacji zmiany płci i przyjął imię Renée Richards. Następnie, już jako kobieta, startowała w turniejach tenisowych. Stała się znana, kiedy walczyła o swój udział w zawodach US Open w 1976 roku.

Erik Schinegger (ur. 1948) – austriacki narciarz alpejski. Po urodzeniu stwierdzono, że był dziewczynką i tak został wychowany. W 1966 roku jako Erika Schinegger został mistrzem świata w zjeździe kobiet. Rok później testy wykazały, że był hermafrodytą. W 1996 odebrano mu medale i tytuły sprzed 30 lat.

Inne, bardziej współczesne przykłady sportowców mających kłopoty ze swoją płcią, to choćby Maria José Martínez-Patiño (ur. 1961), Andreas Krieger (ur. w 1965 jako jako Heidi Krieger, kulomiotka z byłego NRD), Mianne Bagger (ur. 1966) – pochodząca z Danii golfistka urodziła się jako mężczyzna, poddała się jednak operacji płci, Edinanci Silva (judoka z Brazylii ur. 1976), Santhi Soundarajan (ur. 1981), Sarah Gronert (ur. 1986) – niemiecka tenisistka, która urodziła się jako obojnak czy Caster Semenya (ur. 1991) cierpiąca na hiperandrogenizm.

Kto się boi polskiego musicalu?

Kiedy opowiadam znajomym i nieznajomym o moim „musicalowym marzeniu”, zwykle spotykam się ze skrajnymi reakcjami: z jednej strony ze szczerym entuzjazmem, z drugiej z krańcowym niedowierzaniem. Często też słyszę opinie, że nikt w Polsce filmowego musicalu jeszcze nie zrobił. Nie jest to jednak prawdą. Znawcy tematu wspominają filmy Janusza Rzeszewskiego (1930-2007): „Halo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy” (1978), „Miłość ci wszystko wybaczy” (1981) o Ordonce oraz „Lata dwudzieste… lata trzydzieste” (1983), które we mnie budzą najcieplejsze uczucia. Cała ta muzyczna trylogia miała swoją niepowtarzalną klasę i wdzięk. Do dzisiaj może uwodzić widza dzięki świetnej obsadzie oraz bardzo dobrej reżyserii. Po Rzeszewskim długo nie było już śmiałków, którzy sięgnęliby po musicalowe klimaty.

A jednak z dużym zdziwieniem natknęłam się na film promowany jako „pierwszy polski musical”, wyreżyserowany przez Agnieszkę Glińską pt. „#Wszystkogra” z 2016 roku. Film okazał się klapą kompletną, czy raczej straconą szansą, i nikt już raczej o nim nie pamięta. Dlaczego? Moim zdaniem gwoździem do trumny okazały się popularne piosenki, dolepione do historii na chybił trafił, niemal bez związku z losami śpiewających je bohaterów. Wielka szkoda, że zabrakło też pomysłu na wciągającą opowieść, która ostatecznie przypominała zlepek teledyskowych impresji. Ale przynamniej podjęto próbę.

Tymczasem w 2015 roku w kinach grano już „Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej, reklamowane jako polski musical filmowy. W rzeczywistości „Córki…” okazały się okraszonym piosenkami horrorem, o niebo jednak lepszym od komercyjnego „#Wszystkogra”, bo z oryginalną wizją i odważnie łączącym różne konwencje. Eksperyment bardzo się opłacił i znalazł wielu wiernych fanów.

Ale wśród młodych filmowców zdecydowanie łatwiej jest o twórcze eksperymenty, które kiedyś mogą jeszcze zamienić się w sukces. Z przyjemnością obejrzałam lekką jak piórko „Balladę o integracji europejskiej” zrealizowaną w języku angielskim i czerpiącą z tradycji Nocy Kupały. W innym nieco, bo w mroczniejszym klimacie Justyna Mytnik nakręciła swoją etiudę szkolną „Fascinatrix” (trailer dostępny tutaj). To film krótkometrażowy z 2018 roku, opowiadający o czarownicy – uciekinierce, która mści się na swoich pogromcach i bez wątpienia widać tu i oryginalny pomysł, i jakość. Warto odważnie korzystać z gatunkowych konwencji i przestać obawiać się musicalu. Kto następny się odważy?

Smętkówna przed przemianą

Przeglądam numery „Raz Dwa Trzy. Ilustrowanego Kuryera Sportowego” z 2. poł. lat 30. Trafiam na absolutnie magiczne zdjęcie zbiorowe z czołowymi polskimi sportsmenkami z roku 1935. To polska reprezentacja lekkoatletyczna przed lipcowym meczem w Dreźnie.

Widać na nim Marię Kwaśniewską z Łódzkiego Klubu Sportowego, która za rok w Berlinie na Igrzyskach Olimpijskich zdobędzie brąz w rzucie oszczepem. Słynna będzie historia jej zdjęcia z Hitlerem, dzięki któremu po wybuchu II wojny światowej uratuje wiele ludzkich istnień.

W centrum zdjęcia w dolnym rzędzie siedzi Stanisława Walasiewicz – mistrzyni olimpijska i wielokrotna rekordzistka świata. W latach 30. świadomie reprezentowała kraj swojego pochodzenia, mimo że amerykańska federacja lekkoatletyczna proponowała jej obywatelstwo. Walasiewiczówna była nazywana najszybszą kobietą świata.
W latach 80. po jej nagłej śmierci w wyniku zabójstwa na ulicy w Cleveland zarządzono sekcję zwłok – zwykłą w takich sytuacjach wg amerykańskiego prawa. Wtedy wybuchła bomba: Stanisława okazała się hermafrodytą, co oznacza, że posiadała zarówno męskie, jak i żeńskie organy płciowe. Pojawiły się głosy, by odebrać jej po śmierci medale zdobyte jako kobieta. Na szczęście na pogróżkach się skończyło.

Na tej samej fotografii w lewym dolnym rogu pochyla się Zofia Smętkówna. To jedno z nielicznych jej zdjęć w spódnicy i bluzce, a nie w sportowym stroju, jakie udało mi się dotąd znaleźć. Uśmiecha się czarująco i gdybym nie znała jej historii, przez myśl by mi nie przeszło, że w tym ubraniu i ciele ukrywa się mężczyzna. A może ani mężczyzna, ani kobieta. Ktoś spomiędzy.

Grecki ród na polskiej ziemi

Stanisława Paleolog swoją egzotyczną urodę zawdzięczała greckim korzeniom. Jej przodkowie przybyli w XVIII wieku z Węgier na teren Galicji jako handlarze winem. Męscy potomkowie rodu nosili (i noszą) dwuczłonowe nazwisko Demetraki Paleolog – od imienia założyciela rodu, Demetriusza, który zmarł w 1729 roku na Węgrzech. Panie posługują się wyłącznie jednym nazwiskiem – Paleolog. Demetraki to patronymikon Δημητράκης, czyli syn Demetriusza (Dymitra), szczególnie rozpowszechniony na Krecie. Bezpośredni protoplasta polskich Paleologów, Georg Demetraki-Paleolog urodził się bowiem w Tokaju na Węgrzech. Zmarł natomiast w galicyjskim Zborowie (województwo tarnopolskie), pozostawiając troje dzieci, w tym syna Lazara Władysława Demetraki Paleologa, od którego pochodzą obecni członkowie tego rodu. 
Prawdopodobnie korzenie rodowe Paleologów sięgają władców bizantyjskich, trudno jednak związków polskich Paleologów z cesarską dynastią Paleologów w jednoznaczny sposób dowieść (zobacz hasło DYNASTIA PALEOLOGÓW w Wikipedii).

Tak wygląda galicyjska linia rodu DEMETRAKI-PALEOLOG:
Demetrios,
Dymitr Demetraki (1729),
Georg Demetraki i Helena Rósa,
Łazarz Władysław Demetraki Paleologos i Filipina Wszelaczyńska,
1. Michalina Czemeryńska [Kniaziolucka?],
2. Kazimierz,
3. Zygmunta Maria Nowosielska,
4. Zygmunt August Demetraki Paleolog i Zofia Chorzelska (rodzice Stanisławy).
4.1 Jerzy,
4.2 Helena Szczerbowska-Juszkiewiczowa,
4.3 Kazimierz,
4.4 Filipina Stanisława,
4.5 Władysław,
4.6 Adam,
4.7 Maria Woźnowska,
4.8 Elżbieta Stankiewicz,
4.9 Urszula Zofia,
4.10 Michał Mateusz.

Na podstawie książki Mieczysławy Demskiej-Trębacz „Kamień Paleologów. Okruchy z dziejów jednego rodu”, Lublin 2008)

W Złote gody Zygmunta Augusta Demetraki Paleologa i Zofii z Chorzelskich rodzina Paleologów liczyła ponoć 65 osób.

Złote gody Zygmunta Augusta Demetraki Paleologa i Zofii z Chorzelskich. Od lewej stoją: Jerzy, obok niego Helena, głowa nad nimi to Kazimierz, następnie Stanisława w mundurze, Władysław, Adam i Maria; ostatnia trójka to Elżbieta, Zofia i Michał. Zimna Woda. Źródło: http://www.nowosielski.com/antenaci_2.htm (zdjęcie ze zbiorów rodziny Paleologów)

Pamiątki rodziny Paleologów

Druga połowa sierpnia tego roku. Odwiedzam w Zakopanem panią Julitę Makowiecką, z zawodu tłumaczkę, dla której Stanisława Filipina Paleolog była cioteczną babcią. Już od progu trudno mi się oderwać od psich powitań – dostaję potężną dawkę czułości od owczarka podhalańskiego pani Julity i dwóch przyjacielskich suczek jej sąsiadów.

Rozmawiamy w dużym pokoju, w którego rogu wisi portret Stanisławy Paleolog. Malarz Stanisław Appenzeller namalował obraz Stanisławy prawdopodobnie w 1933 roku. Miał więc wtedy 32 lata –  Stanisława była od niego starsza o 9 lat. Na portrecie policjantka opiera się na krześle, siedzi nieco majestatycznie, ale spokojnie, i patrzy gdzieś obok. Z jej greckiego profilu bije wewnętrzna siła i pewność siebie kobiety, która wiele już dokonała w męskim świecie. Przecież dwa lata wcześniej londyński dziennik „Daily Express”  nazwał ją „Polską Joanną d’Arc”. Historia powstania tego obrazu na razie musi pozostać dla mnie zagadką.

Portret Stanisławy Paleolog namalowany przez Stana Appenzellera w 1933 roku.

Razem z panią domu zdejmujemy obraz ze ściany i przenosimy go do drugiego pokoju, przyjrzeć mu się w świetle. Pani Julita opowiada mi, że często patrzy na odziedziczony portret i myśli, jak dużo łatwiej kobiety mają dzisiaj w życiu. Może Stanisława nie jest jej idolką, ale na pewno kimś, kto dał rodzinie dobre wzorce. „Chciałabym jej nie zawieść. Zastanawiam się czasem, czy gdybyśmy rozmawiały, doceniłaby to, co zrobiłam w życiu. Czy ja – dwa pokolenia później – nie jestem gorsza. Ale nie porównuję się, żeby z nią rywalizować, tylko żeby ocenić, czy kontynuuję rodzinną tradycję, czy kobiety w naszej rodzinie wciąż są silne”.

Bezcenne pamiątki rodzinne: medalion z portretami dziadków Chorzelskich, bransoletka cioci Zosi Paleolog i łańcuszek od pozytywki dziadka Zygmunta Augusta Demetraki Paleologa.

Przyglądam się nielicznym pamiątkom rodzinnym, przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Bransoletka Zofii Paleolog, którą dostała na 18. urodziny. Pani Julita oddała ją do złotnika – okazało się wówczas, że nie jest złota, ale pozłacana. Obok leży łańcuszek do pozytywki dziadka Stanisława Augusta – ojca Stanisławy. Pozytywki nie ma, zegarka też nie, natomiast sam łańcuszek szczęśliwie pozostał. Pani Julita pieczołowicie go przechowuje, podobnie jak jego mlecznik, który odziedziczyła po cioci Zosi. „Ze łzami w oczach mi go dawała: żeby temu się nic nie stało, bo to jeszcze mojego dziadka”. Na koniec otwieramy jedyną pamiątkę po rodzinie Chorzelskich – medalion z portretami dziadków. Na podstawie drzewa genealogicznego domyślam się, że obie fotografie z XIX wieku należą do Ludwika Chorzelskiego i Józefy Chorzelskiej z Sypniewskich.   
W rodzinie Paleologów nie przykładano wielkiej wagi do tego, żeby MIEĆ, ale żeby BYĆ – i wykształcić dzieci. Wojna pozbawiła ich wszystkiego, ale przyzwyczajeni, by polegać na sobie, a nie na posiadanym majątku, doskonale poradzili sobie w nowej trudnej rzeczywistości. Tym większą wartość zyskują drobiazgi należące do przodków, które udało się ocalić mimo kataklizmu II wojny światowej. Przedmioty pozornie bez znaczenia, nasi najwierniejsi towarzysze.