Rodzinne muzykowanie w Bukowinie

Bukowina Tatrzańska ma w sobie coś magicznego i niedzisiejszego. To „coś” kryje się nie tylko w krajobrazie, ale przede wszystkim w ludziach, których możemy tutaj spotkać.

Szukając tych, którzy pamiętają jeszcze Dziadońkę, dostałam zupełnie niespodziewane i jakże serdeczne zaproszenie do domu Dyrektora Domu Ludowego, Bartłomieja Koszarka. Czekał tam na mnie ojciec Dyrektora – pan Józef Koszarek, który jako nastolatek wywijał taneczne akrobacje u boku grającej Dziadońki. Zasłuchałam się w jego wspomnieniach. O Dziadońce pan Józef mówił w szczególny sposób: „Brońcia”.

To była najbardziej wzruszająca wizyta w górach, jakiej do tej pory doświadczyłam. W międzyczasie na stół wjechały domowe pierogi i herbata. Po pokoju krążyły wnuki pana Józefa, ciekawe, po co właściwie do nich przyjechałam.

Aż wreszcie byłam jedynym widzem domowego koncertu góralskiej muzyki płynącej prosto z serca. Muzyka połączyła tutaj trzy pokolenia. No i jednego cepra – mnie.

Pan Józef Koszarek został w 2003 roku laureatem Nagrody im. Oskara Kolberga w kategorii „twórczość plastyczna, zdobnictwo, rękodzieło i rzemiosło ludowe, folklor muzyczno-taneczny”.

Ze strony http://www.nagrodakolberg.pl/laureaci-jozef_koszarek poświęconej laureatom Nagrody im. Kolberga przeklejam Jego notę biograficzną:

Józef Koszarek „Benkowy” urodził się w 1938 roku w Bukowinie Tatrzańskiej.

Jest znanym i cenionym twórcą ludowym Podhala, działaczem na rzecz regionalnej kultury bukowińskiej. Jest artystą utalentowanym w zakresie sztuk plastycznych, regionalnego rękodzieła oraz w dziedzinie ludowej poezji, gawędziarstwa, tańca i śpiewu. Szczególne uznanie, podczas wielu konkursów, festiwali i wystaw, zdobyły jego wyroby rusznikarskie, noże zbójnickie, kordelasy, pistolety, ciupagi, wyroby ze skóry, pasy góralskie i torby myśliwskie, także ludowa biżuteria i spinkarstwo. Do wyrobu dzieł, oprócz skóry i drewna używa rogów, kości zwierzęcych oraz stali, mosiądzu, miedzi, koralu i srebra. Jego prace znajdują się w kolekcjach Muzeum Tatrzańskiego, Muzeum Rabczańskiego, a także w galeriach prywatnych. Swoje umiejętności wykonawcze i artystyczne oraz wieloletnie doświadczenie przekazuje synom: Maciejowi i Bartłomiejowi Koszarkom.

Od wczesnej młodości zajmował się także twórczością literacką, pisał gwarą poezje, gawędy i opowiadania góralskie. Ceniony jest również jako śpiewak, tancerz, członek kapeli i kierownik zespołu „Podhale” (grupy tatrzańskiej), zespołu „Wierchowianie”, kierownik kapeli twórców ludowych „Milenium”. Jest aktorem Amatorskiego Zespołu Teatralnego im. Józefa Pitoraka, kontynuatora Teatru i Chóru Włościańskiego, działającego w Bukowinie w okresie międzywojennym.

Józef Koszarek przez wiele lat związany był z działalnością Domu Ludowego w Bukowinie Tatrzańskiej – instytucji kulturalno-oświatowej, wybitnie zasłużonej dla rozwoju wsi. Współpracował także z wybitnymi bukowińskimi postaciami: Ćwiżewiczem, Józefem Pitorakiem, Józefem Bigosem, Bronisławą Konieczną-Dziadońską. W latach 1971-1974 pełnił funkcję prezesa Domu Ludowego. W tym czasie zainicjował i zorganizował drugą, obok „Sabałowych Bajań”, doroczną imprezę folklorystyczną – „Góralski Karnawał”(1973).Przez wiele lat był konsultantem i instruktorem zespołów regionalnych w zakresie pieśni góralskich, obyczaju, dawnego tańca i stroju. W 1975 roku zorganizował Oddział Związku Podhalan w Bukowinie Tatrzańskiej.

Laureat wielokrotnie uczestniczył w prezentacjach sztuki regionalnej, promując ją podczas festiwali i konkursów folklorystycznych, m.in. w Warszawie, Pradze, Lipsku, Norymberdze, Karlowych Warach. Na Festiwalu Ziem Górskich w Zakopanem w 1967 roku zdobył I nagrodę w kategorii śpiewu. Jest również laureatem I nagrody w konkursie „Podhalański ubiór regionalny i jego adaptacje” zorganizowanym w Zakopanem w 1985 roku. W uznaniu zasług dla społeczności lokalnej otrzymał Złotą Odznakę za Zasługi dla Gminy Bukowina Tatrzańska, a w 1973 roku odznakę Zasłużony Działacz Kultury i Nagrodę Państwową Ministra Kultury.

/red.K.M./

Co Dziadońka grywała wnukowi?

Dziadońka została zapamiętana jako gościnna góralka, która swoich przyjaciół i bliskich witała muzyką graną na werandzie. Od maja do października, gdy nie wiało i nie padało, grywała przed domem ponoć już od czwartej rano – gdy nie mogła spać. Jej muzyka rozbrzmiewała wtedy po całym wierchu.

Choć dla dzieci była ostra i oschła, dla wnuków stała się już bezkrytyczna. Uwielbiała swojego wnuka Stasia i odpuszczała mu absolutnie wszystko. Kiedy był małym chłopcem, lubiła mu grać dwie niegóralskie melodie, pewnie zasłyszane przez nią na festiwalach i przeglądach. Były to „Ej przeleciał ptaszek” (z repertuaru Mazowsza) i „Poszła Karolinka do Gogolina” – czyli śląska pieśń ludowa.

Wyobrażam sobie, jak Dziadońka gra wnukowi na skrzypcach, siedząc w ciepły dzień na werandzie, a potem podaje mu kogel-mogel z czterech jaj.

Prymist(k)a – czyli kto?

Kapele góralskie, ale też w ogóle kapele ludowe, przez lata zmieniały swoje zwyczajowe składy i ze względu na liczbę muzykantów, i ze względu na wykorzystywane instrumenty.

Zaczynając swoją przygodę z Dziadońką, nie wiedziałam jeszcze nawet, kim jest prymista – i na czym polegał kunszt Dziadońki jako prymistki?

Na nagraniu rodziny Maśniaków z 1985 roku doskonale widać, jak 17-letni prymista Stanisław Styrczula-Maśniak nadaje ton całej kapeli, tj. gra melodię prowadzącą. Od niego i jego indywidualności muzycznej zależy charakter muzyki. Tradycyjnie prymista trzyma skrzypce oparte na barku lub piersi. Ułatwia mu to grę, gdyż przeważnie używa się tylko 3 z 4 strun.

Sekundem nazywa się drugie skrzypce. Muzyk grający sekundę miał za zadanie uzupełnić lukę powstającą pomiędzy prymą a basami. Przy graniu sekundy, muzycy tradycyjnie opierają skrzypce nisko na piersi, aby łatwiej było im grać na niższych strunach.

Do tego dochodzą basy – „mały kontrabas”, na którym najłatwiej się nauczyć grać. Jeszcze sto lat temu żadna porządna wiejska kapela nie mogła obyć się bez basów, które podkreślają rytm utworu.

Nagranie z Zakopanego z 1985 roku. Prym: Stanisław Styrczula-Maśniak w wieku lat 17 (syn Mariana), sekund: Józef Styrczula-Maśniak, Bronisław Styrczula-Maśniak, Władysław Styrczula-Maśniak (syn Józefa), bas: Tadeusz Styrczula-Maśniak.

W XX wieku najczęściej tworzyły się kapele na 3 skrzypce (prym i 2 sekundy) i basy. Najważniejszą rolę do dziś odgrywa w nich prymista – pierwszy skrzypek. Gra on melodię główną, której nadaje różne własne ozdobniki i tworzy warianty. Niektóre wersje usamodzielniają się do tego stopnia, że trwale wiążą się z nazwiskiem wykonawcy – stąd istniejące na Podhalu nuty Sabałowe, Duchowe, Słodyczkowe, Studentowicza – i Dziadońcyne.

Prymistka Stanisława Galica-Górkiewicz, uczennica Dziadońki

Zanim spotkam jedyną uczennicę Dziadońki, oglądam nagranie z nią zrealizowane w ramach Festiwalu Wszystkie Mazurki Świata w Warszawie oraz podczas Turnieju Muzyków Prawdziwych w Filharmonii Szczecińskiej.

Stanisława Galica-Górkiewicz jako nastolatka przez rok mieszkała w domu Dziadońki, w tym samym czasie chodząc również do szkoły muzycznej. Dziadońka przez lata wykształciła wielu innych uczniów – świetnych muzykantów (Adam Kuchta, Jan Czernik Gracka, Piotr Chowaniec Kroka czy Eugeniusz Wilczek). Jednak tylko Pani Stanisława od lat podkreśla swoją silną więź z dawną Mistrzynią. Jest rodowitą bukowianką, pochodzi ze starej góralskiej rodziny Galiców. Od ponad 30 lat aktywnie uczestniczy w działalności kulturalno-regionalnej, promując i upowszechniając podhalańską kulturę ludową w kraju i zagranicą.

Jest też autorką imponującej 3-częściowej serii książkowej o Bukowinie Tatrzańskiej: „Bukowina Tatrzańska. Czasy – Ludzie – Wydarzenia” (2007), „Bukowina Tatrzańska – Góralskie życie” oraz „Bukowina Tatrzańska – Powrót do źródeł” z 2008 roku.

Filmowe tropy w wyznaniach Smętka

Przy którejś z kolei lekturze pamiętników Witolda Smętka odkrywam nowe drobiazgi. Pozornie bez znaczenia – porównania stosowane jak arabeski, żeby wypełnić puste płaszczyzny zbyt emocjonalnej opowieści, żeby dać Czytelnikowi jakiś symbol, metaforę, odejść od dosłowności. Marcel Allain bez wątpienia był miłośnikiem kina – i z prawdziwą przyjemnością znajduję te okruchy, świadczące o jego miłości do X Muzy.

W jednym z fragmentów Zofia Smętek wspomina o swoim wyjściu z Ukochaną do kina. „Grano film z Jeanette MacDonald. Nie mogłam nie zauważyć podobieństwa mojej przyjaciółki do słynnej aktorki. Powiedziałam jej to. (…) I natychmiast, szybciutko, nie zastanawiając się nad mym zaproszeniem, powiedziałam: *Jeanette, Przyjdziesz jutro do mnie*?” [tłumaczenie Mathias Vanesse]

Nie wiem, jak wyglądała ówczesna Ukochana Smętka, mam też absolutną pewność, że jej imię podane w „Spowiedzi…” nie jest prawdziwe. Jaki film z Jeanette MacDonald przywołał takie słodkie porównanie? Obstawiam „San Francisco” z 1936 roku. Jeanette MacDonald gra w nim śpiewaczkę, o której względy zabiega dwóch nietuzinkowych mężczyzn granych przez Clarka Gable‚a i Spencera Tracy. No przecież to musiał być przebój!

Czy Zofia Smętek faktycznie wybrała się do kina i prawiła wytrawne komplementy swojej przyjaciółce, porównując ją do znanej aktorki? Czy też Marcel Allain zobaczył zdjęcie tej przyjaciółki u Smętka i uznał, że taki wtręt wspaniale podziała na wyobraźnię?

Po rozstaniu z tą samą przyjaciółką – już po operacji – Witold znów idzie do kina. Grali francuski film „Jej pierwszy bal”: „Dziwnym zbiegiem okoliczności autorzy tej imponującej produkcji filmowej jakby się zmówili, by udzielić mi lekcji na czasie. Opowiadali historię kobiety, która zastanawiając się nad swoją przeszłością, tak jak ja to właśnie czyniłem, chce ją ożywić. Odnajduje jednak wyłącznie wypalony, zimny popiół…” [tłumaczenie Mathias Vanesse]

„Jej pierwszy bal” – a w oryginale „Un Carnet de bal” – miał swoją światową premierę 9 września 1937 roku. Nawet dziś zrobił na mnie olbrzymie wrażenie ten melancholijny dramat – świetnym scenariuszem, reżyserią i aktorstwem równie wysokiej próby. I znów chciałoby się zadać pytanie, czy przypadkiem Smętek okazuje się kinomanem i frankofilem? Czy też Marcel Allain odwołuje się do kodów kulturowych, które właśnie dla niego są istotne?

Spowiedź miłosna kobiety, która stała się mężczyzną

Podobno Marcel Allain, francuski literat, przypadkiem spotkał Witolda Smętka w warszawskiej kawiarni i tak to się zaczęło. Uznał historię Smętka za na tyle interesującą, że postanowił nadać jej formę literackich wspomnień. Zastrzega się, co prawda, we wstępie, że był jedynie „sekretarzem, skrybą, przewodnikiem”, a opowieść w całości należy do Witolda Smętka. Czy mogę jednak nie podejrzewać twórcy „Fantomasa” o brak skłonności do pewnej konfabulacji? Czy chcę uwierzyć, że był tylko „tłumaczem” wyznań na francuski?

Nie wierzyli w pomysł wydania pamiętników Smętka (złośliwi) polscy dziennikarze lat 30. Pokpiwali sobie z tego „projektu” z równą lekkością, jak z dość okrutnego porównania Smętka do czechosłowackiego lekkoatlety, który w 1936 roku również przeszedł operację korekty płci – Zdenka Koubka. Jak napisał jakiś dziennikarz w „Echu” 05/1935: „Podobnie śmiesznie wygląda projekt Smętka wydania własnych pamiętników. Wierzymy w to o tyle tylko, jeśli ktoś te pamiętniki za Smętka napisze”.

No cóż. Napisał – i to nie byle kto.

Przesyłka z Londynu

W lutym wreszcie dotarła do mnie mała, niepozorna książka – praktycznie nie do dostania, zupełnie niedostępna w Polsce. Ja upolowałam ją na Amazonie, wystawioną na sprzedaż przez jeden z londyńskich antykwariatów. Ale nie wystarczyło zapłacić 20 funtów i czekać na paczkę. Musiałam jeszcze znaleźć kogoś, kto mieszka w UK i kto zgodził się przesłać mi mój skarb do Polski, ponieważ oczywiście antykwariat nie wysyła niczego poza granice UK. Na szczęście i to się udało.

Lekturę zaczynam oczywiście od Wstępu, napisanego przez Dorothy Peto [tu link do jej krótkiej biografii w angielskiej Wikipedii], pionierki brytyjskiej policji kobiecej, pierwszej zaprzysiężonej kobiety Inspektor w Londyńskiej Policji Miejskiej w latach 1930-1946. Ta sama Dorothy Peto po raz pierwszy spotkała Stanisławę Paleolog w czasie wizyty w Polsce w 1936 roku i od tej pory „pozostawała w kontakcie” z polską policją kobiecą – musiała ją połączyć z Paleolog serdeczna relacja. Po raz drugi spotkały się w Edynburgu w 1938, a po raz trzeci – już w Londynie, po II Wojnie Światowej. Kilka lat później Stanisława Paleolog zostanie ministrem bez teki w pierwszym rządzie Antoniego Pająka władz RP na uchodźstwie – i zarazem pierwszą kobietą minister.

To właśnie dzięki staraniom Peto udało się wydać historię polskiej policji kobiecej w języku angielskim w 1955 roku. Stanisława Paleolog pracowała nad książką w języku polskim, dokumentując swoje wspomnienia dzięki raportom Ligi Narodów oraz korzystając z polskich gazet dostępnych w British Museum. Tekst został przetłumaczony na angielski przez Eileen Frances Short-Garlińską. Co się stało z oryginałem? Bardzo chciałabym poznać odpowiedź na to pytanie.

Tymczasem sprawdzam, kim była tłumaczka. Okazuje się, że ma niezwykle ciekawą biografię i powstańczą przeszłość. Jej biogram znajduję na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego i przeklejam go poniżej.

Eileen Frances Short-Garlińska urodziła się 1 kwietnia 1912 roku. Jej panieńskie nazwisko to Short. Urodzona w rodzinie irlandzkiej. Od 1935 roku mieszkała w Polsce i była nauczycielką języka angielskiego. 4 września 1939 roku wzięła ślub z poznanym w 1936 roku Józefem Garlińskim. W czasie wojny Eileen Frances Short-Garlińska wstąpiła w szeregi ZWZ-AK (jej mąż ppor. Józef Garliński „Long” był kierownikiem Wydziału Bezpieczeństwa Komendy Głównej AK). W 1943 r. uczestniczyła w tajnych szkoleniach żeglarskich, a także w regatach, w których otrzymała medal (przekazany po wojnie do zbiorów British Museum).

W czasie Powstania była sanitariuszką na Górnym Czerniakowie – pełniła służbę w rejonie ul. Wilanowskiej i w szpitalu w budynku ZUS-u przy Czerniakowskiej.

Po kapitulacji Powstania znalazła się wśród ludności cywilnej. Skierowana do obozu przejściowego w Pruszkowie (Dulag 121), z którego udało jej się zbiec, a następnie przedostać do Wielkiej Brytanii. Tam rozpoczęła pracę tłumaczki w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Rządu RP na uchodźstwie. Została również działaczką Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Angielskiej i przewodniczącą Komitetu Brytyjek żon Polaków. W listopadzie 1945 spotkała się z mężem. W 1986 została odznaczona przez Prezydenta RP na Uchodźstwie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Szukam w Sieci jej fotografii. Trafiam najpierw na wzruszającą tablicę z Katedry Polowej Wojska Polskiego w Warszawie – również zamieszczoną na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego. Następnie na artykuł Waldemara Grabowskiego „Kobiety w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w Londynie 1940–1945 – przyczynek do badań”. Dowiaduję się, że Eileen Garlińska była zatrudniona jako tłumaczka wśród pracowników Wydziału Społecznego MSW w 1945 roku. Wciąż nie wiem jednak, jak wyglądała i nie mogę sobie tego darować.

Dociera do mnie, że na tę niewielką, ale bezcenną książkę w biało-czerwonej okładce, którą prawdziwym cudem udało mi się zdobyć 64 lata po jej wydaniu, składają się praca, talenty i doświadczenie trzech niezwykłych kobiet – Stanisławy Paleolog, Dorothy Peto i Eileen Garlińskiej.

Kobiety – brakująca połowa dziejów

A było tak.

Zwabiła mnie wystawa w warszawskim Domu Spotkań z Historią pt. „Odzyskana. Fotoreportaż z Warszawy 1918-1939”, a jeszcze bardziej towarzyszące wystawie spotkanie „Kobiety międzywojennej Warszawy” zorganizowane 31 stycznia. Wyczułam nosem, że dyskutanci będą ciekawi i że warto. Jak mówił opis promocyjny, spotkanie miała prowadzić Katarzyna Chudyńska-Szuchnik, przewodniczka miejska (WarsOff), dziennikarka, blogerka, związana z Muzeum Warszawskiej Pragi. Goście: Anna Kowalczyk – dziennikarka i blogerka, autorka książki „Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich” oraz Marta Marek z Muzeum Sportu i Turystyki oraz varsavianista Ryszard Mączewski.

Na spotkanie ostatecznie się spóźniłam, więc ominęła mnie prezentacja dyskutantów i ich dokonań. Ale choć spóźniona, z wielkim zainteresowaniem słuchałam o dokonaniach sportsmenek międzywojnia, takich jak Halina Konopacka-Matuszewska – rekordzistka świata w rzucie dyskiem, Maria Kwaśniewska – medalistka w rzucie oszczepem i Jadwiga Jędrzejewska – tenisistka, wielokrotna mistrzyni Polski i finalistka Wimbledonu.

Po dyskusji nieśmiało podeszłam do dziennikarki, która zrobiła na mnie największe wrażenie swoją wiedzą, sądząc (w swojej bezczelności), że coś mi podpowie, gdzie szukać ciekawych tropów na temat moich trzech bohaterek. No i oczywiście wstyd mnie ogarnął straszny, gdy dotarło do mnie, że Anna Kowalczyk, z którą właśnie rozmawiam, napisała nawet książkę pt. Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich i że jej premiera to bardzo świeża sprawa, a ja nic o tym nie wiem! Od słowa do słowa, okazało się, że odwiedziła nawet rok wcześniej Stanisławę Galicę-Górkiewicz, czyli uczennicę Dziadońki, i że o samej Dziadońce również wspomina!

Tak więc mam, kupiłam i czytam – choć lekturę zaczęłam od rozdziału 6 SZTUKA, bo to w nim Autorka wspomina o swojej wizyty u p. Stanisławy Galicy oraz o dokonaniach Dziadońki. Książka jest szeroko zakrojonym i szalonym kalejdoskopem, bo Kowalczyk zaczyna swój przegląd od paleolitycznych pin-up girls, a kończy na współczesnych polityczkach. No i znalazło się również miejsce dla artystek – góralek. Naprawdę warto przeczytać, a przynajmniej przejrzeć.

Praca z pamięcią

Podobno pisanie scenariusza powinno się odbywać w ciszy i skupieniu, z dala od ciekawskich oczu. Im mniej pary pójdzie w gwizdek, tym lepiej, a energia włożona w benedyktyńską pracę ma przełożyć się na końcową jakość.

Niestety, należę do typów „dialogujących” – kolekcjonuję cudze głosy i luźne uwagi, przesiewam je i sortuję, żeby ostatecznie zrobić z nich coś swojego. Potrzebuję nieustającego przepływu energii, żeby samą siebie motywować do pracy. Stąd chyba wziął się pomysł prowadzenia bloga wokół projektu, który roboczo nazwałam „Niecodzienne kobiety dwudziestolecia”. Stypendium twórcze w kategorii film pozwala mi w tym roku rozwijać pomysł na scenariusz o losach trzech kobiet żyjących w międzywojniu: sportsmenki Zofii Smętkówny, policjantki Stanisławy Filipiny Paleolog oraz muzykantki Bronisławy Koniecznej „Dziadońki”. Projekt ostatecznie nazwałam jednym słowem LUSTRA. Dlaczego tak?

Od listopada 2018 do stycznia 2019 roku uczestniczyłam w kursie edukacyjnym „Kobiety w Polsce lat dwudziestych i trzydziestych” w warszawskim Muzeum Polin. Słowo pojawiło się na ostatnich zajęciach pt. „Historie składane z kawałków – warsztaty kolażu”, prowadzonych przez dr Patrycję Dołowy, która od lat pracuje z pamięcią, posługując się historiami mówionymi i performansem. Rozmawiałyśmy wtedy m.in. o tym, że pamięć o kobietach buduje się ze skrawków. Jak ją ułożyć w kolaż w ramach rzeczywistości, w której świat i historia opowiadane są w sposób męski? Uznać, że to, co zostało w pamięci indywidualnej, również ma znaczenie. Moim zadaniem będzie więc pozbieranie w jeden rysunek drobnych, chaotycznie rozrzuconych puzzli – przypominających nie wiadomo skąd wydzierane papierki. Trzeba dosztukować brakujące elementy tych opowieści dzięki pamięci kobiet, które wciąż żyją. Założyć, że coś MOGŁO się wydarzyć, nawet jeśli nic ani nikt tego nie potwierdzi. Będzie to niewyraźny obraz z luster odbijających inne lustra. Trudna praca z pamięcią, która nie umie być obiektywna, sporo przemilcza albo wręcz ukrywa. Dotarło do mnie, że historia tych trzech kobiet dopomina się, by wymyślić ją na nowo. Tylko jak?

Zaczęłam od kolażu, który tak bardzo pęczniał, że musiałam mu pozwolić zejść na podłogę!

fot. D. Matloch / Muzeum Historii Żydów Polskich