Muzyka z duszą

Od półtora roku fascynuję się i powoli wnikam w świat hiszpańskiej kultury flamenco. To z jednej strony ekspresyjna technika śpiewu (cante), wyrażająca silne emocje, z drugiej muzyka oparta na compasie – rytmie, z trzyciej – taniec (baile), widowiskowy i hipnotyzujący.

Mówi się, że wykonany taniec, muzyka, i śpiew mają lub nie tzw. duende – to „coś”, duszę zaklętą w sztuce wywodzącej się z kultury andaluzyjskich Cyganów.

31 stycznia 2020 roku Królowa flamenco, 74-letnia La Chana, miała swój jedyny koncert we wrocławskim Imparcie. Kiedy była młodą dziewczyną, brała ponoć deskę i stepowała na niej w swoich podkutych butach, szukając inspiracji w naturze. Do dzisiaj ma niepowtarzalny styl, oparty na improwizacji. Urodziła się, by tańczyć.

Od początku intuicyjnie czułam w muzyce góralki Dziadońki podobną siłę i język wzięty prosto z natury, jak u La Chany. Dziadońka urodziła się, by grać i miała tę muzykę w sobie, zanim po raz pierwszy wzięła do ręki skrzypce. Góralska muzyka jest taka, jak góralskie życie. Wyraża silne uczucia, czerpie z tatrzańskiego krajobrazu i przestrzeni. Jest z jednej strony twarda i surowa, z drugiej czuła. Niepodobna do żadnej innej.

Portrety

Droga do powstania scenariusza jest żmudna i pełna zwątpień :). Myśląc o moich trzech bohaterkach, żyjących w podobnych latach, lecz należących do różnych światów, musiałam je sobie wizualizować w sposób, który pozwoliłby mi na nie spojrzeć z podobnej perspektywy. Zdjęcia, które po nich pozostały, częściowo są rozproszone, ale też skomplikowała się kwestia praw autorskich. Tym bardziej chciałam je zobaczyć i pokazać w podobnej konwencji, używając tych samych okularów. Trzy portrety.

Bronisława Dziadoń Konieczna
Zofia Smętek
Stanisława Filipina Paleolog

Inspiracją i najważniejszą referencją stały się dla mnie prace graficzne Colesa Phillipsa (1880-1927), zwłaszcza te stworzone dla magazynu „Life”. Uważam go za absolutnie genialnego grafika – i aż żal bierze, że nie ma nawet poświęconego mu hasła w polskiej wersji Wikipedii (https://en.wikipedia.org/wiki/Coles_Phillips).

Grafika Colesa Phillipsa

Proces powstawania portretów Stanisławy Paleolog, Bronisławy Koniecznej „Dziadońki” i Zofii Smętek trwał właściwie od lata do późnej jesieni 2019 roku. Ich autorką jest Ania Goszczyńska, graficzka, której bliskie są plakaty i ilustracje prasowe, w tym zwłaszcza portrety (http://goszczynska.com/).

Cieszę się, że wreszcie są – i mam nadzieję, że bez zbędnych słów opowiedzą Wam swoją historię.

14. Dziadońcyne Granie w Bukowinie Tatrzańskiej

Scena Domu Ludowego w Bukowinie Tatrzańskiej

24 listopada 2019 roku w Domu Ludowym w Bukowinie Tatrzańskiej odbyły się 14. Spotkania Muzyk Podhalańskich „Dziadońcyne Granie” (program wydarzenia). Jak sama nazwa imprezy mówi, wydarzenie to upamiętnia najwybitniejszą góralską prymistkę Bronisławę Dziadoń – Konieczną. Specjalnie na tę okazję powołana Komisja Artystyczna złożona ze znanych muzykantów i fachowców zajmujących się muzyką góralską przesłuchała prezentujące się kapele i przyznała nagrodę honorową „Dziadońcyn Smycek”. Muzyki, w tradycyjnym 3-osobowym składzie, kolejno prezentowały swoje umiejętności, interpretując podhalańskie melodie.

Dom Ludowy w Bukowinie Tatrzańskiej zaprasza na Dziadońcyne Granie

Oczywiście, przyjechałam do Bukowiny i przesiedziałam cały konkurs na galeryjce Domu Ludowego, wsłuchując się moim niewprawnym uchem cepra we wszystkie wykonania. Przed rozpoczęciem muzykowania odbyła się jeszcze Msza Święta w pobliskim kościele parafialnym, a po niej muzykanci złożyli kwiaty na grobach Bronisławy Koniecznej „Dziadońki” oraz Eugeniusza Wilczka. Dziadońka spoczywa obok swojego męża, Edwarda Koniecznego. W każdym kadrze z malowniczego cmentarza w Bukowinie odnajdywałam intensywną flarę, jakby listopadowe słońce próbowało pokazać, że wokół dzieje się coś ważnego.

Grób Bronisławy Koniecznej „Dziadońki” na cmentarzu w Bukowinie Tatrzańskiej

Wspólne muzykowanie poprzedziło wręczenie Pani Stanisławie Galicy-Górkiewicz wyróżnienia w ramach Nagrody im. Romana Reinfussa przyznanego przez Województwo Małopolskie za wybitne i szczególne osiągnięcia w dziedzinie zachowania lokalnej tożsamości kulturowej oraz podziękowania za przekazanie dla Domu Ludowego prywatnego archiwum dotyczącego historii Bukowiny Tatrzańskiej jej mieszkańców i całego regionu. Pani Stanisława – uczennica Dziadońki – była także członkiem Komisji oceniającej grające kapele. No i się zaczęło. Podhalańskie nuty rozbrzmiewały do późnych godzin wieczornych. Uprzyjemniały także czas oczekiwania na werdykt.

Dziadońcyn Smycek – Nagroda Honorowa w przeglądzie
Retransmisja 14. Dziadońcynego Grania

Spośród 9 muzyk podhalańskich występujących w tradycyjnym trzyosobowym składzie zdobywcą „Dziadońcynego Smycka” została muzyka Józefa Długopolskiego z Dzianisza. Nagrody przyznano muzyce Tomasza Stocha-Gronkowiana z Zębu oraz muzyce Łukasza Murzańskiego z Bańskiej Niżnej. Podczas spotkania gościnnie zagrały dwie muzyki rodzinne: Polaków z Zębu i Majerczyków – Farbiorzy z Białego Dunajca oraz spontanicznie utworzona muzyka „Podłaźnicy rocznik ‘91”.

Na mnie wielkie wrażenie zrobiły słowa dyrektora Domu Ludowego i dobrego ducha całego wydarzenia, Bartłomieja Koszarka, który wielokrotnie podkreślał, jaką siłą i wartością jest rodzinne, międzypokoleniowe muzykowanie, czasem niewolne od błędów, ale grane prosto z serca. Tak też było i tym razem.

Bezcenne zdjęcia Dziadońki

W książce Stanisławy Galicy-Górkiewicz „Bukowina Tatrzańska. Góralskie życie” jest niezwykły rozdział 7 poświęcony muzyce i muzykantom. Pisze uczennica Dziadońki m.in. tak: „Muzyka góralska tworzyła się i rozwijała w tych samych trudnych warunkach, w jakich przyszło góralom żyć. Twarde życie w surowym klimacie, nieustanna walka z dziką górską przyrodą, bieda i głód ukształtowały charakter górali. Nadały im twardości, wytrwałości i zaradności. Nadały góralom poczucie niezależności i ślebody, którą górale cenią bardzo. Muzyka góralska, podobnie jak śpiew, wyrażała ich uczucia. Tworzyli ją sami górale, obdarzeni talentami artystycznymi we wszystkich dziedzinach życia. Natchnienie czerpali z otaczającej przyrody. Z tatrzańskiego krajobrazu, który swoją pięknością, majestatem i grozą nieustannie działał twórczo i inspirująco, nie tylko na górali”.

A tak pisał Seweryn Goszczyński w „Dzienniku podróży do Tatrów”: „Muzyka tańca jest całkiem oryginalna, niepodobna do żadnej muzyki tego rodzaju; jest niby jednotonna, ale tak rozmaita, tak jakaś nieskończona, tak dzika w swoim tonowaniu, że mieszkający nawet od dawna między Góralami wygrać jej nie mogą. I rzadki jest, kto by tego w zupełności dokonał.”

Wydawnictwa płytowe z muzyką Dziadońki

Muzyki Dziadońki można posłuchać właściwie dzięki dwóm wydawnictwom muzycznym. Pierwsze, to płyta wydana przez Dom Ludowy w Bukowinie Tatrzańskiej z okazji 120. rocznicy urodzin Bronisławy Dziadoń-Koniecznej pt. „Dziadońka”.

Drugie – jeszcze trudniejsze do dostania – to nagranie „Pierwszego Podhalańskiego Popisu Konkursowego Ludowych Muzyk Góralskich, Zakopane 18-20 kwietnia 1952”, wydane w 2012 roku przez Instytut Sztuki PAN.

Jeszcze trudniej dotrzeć jest do zdjęć sprzed kilkudziesięciu lat, na których jest obecna Dziadońka. Dzięki uprzejmości Dyrektora Domu Ludowego archiwizuję na tym blogu kilka z nich. Fotografie pochodzą z prywatnych zbiorów, z różnych lat. Ich wartość jest bezcenna.

Siedzi Dziadońka, za nią stoi Stanisława Galica-Górkiewicz.
Dziadońka po środku w pierwszym rzędzie.
Dziadońka widoczna z tyłu wozu.
Władysław Trebunia-Tutka sekunduje Dziadońce.
Kapela Dziadońki. Archiwum Heleny Głód.

Rodzinne muzykowanie w Bukowinie

Bukowina Tatrzańska ma w sobie coś magicznego i niedzisiejszego. To „coś” kryje się nie tylko w krajobrazie, ale przede wszystkim w ludziach, których możemy tutaj spotkać.

Szukając tych, którzy pamiętają jeszcze Dziadońkę, dostałam zupełnie niespodziewane i jakże serdeczne zaproszenie do domu Dyrektora Domu Ludowego, Bartłomieja Koszarka. Czekał tam na mnie ojciec Dyrektora – pan Józef Koszarek, który jako nastolatek wywijał taneczne akrobacje u boku grającej Dziadońki. Zasłuchałam się w jego wspomnieniach. O Dziadońce pan Józef mówił w szczególny sposób: „Brońcia”.

To była najbardziej wzruszająca wizyta w górach, jakiej do tej pory doświadczyłam. W międzyczasie na stół wjechały domowe pierogi i herbata. Po pokoju krążyły wnuki pana Józefa, ciekawe, po co właściwie do nich przyjechałam.

Aż wreszcie byłam jedynym widzem domowego koncertu góralskiej muzyki płynącej prosto z serca. Muzyka połączyła tutaj trzy pokolenia. No i jednego cepra – mnie.

Pan Józef Koszarek został w 2003 roku laureatem Nagrody im. Oskara Kolberga w kategorii „twórczość plastyczna, zdobnictwo, rękodzieło i rzemiosło ludowe, folklor muzyczno-taneczny”.

Ze strony http://www.nagrodakolberg.pl/laureaci-jozef_koszarek poświęconej laureatom Nagrody im. Kolberga przeklejam Jego notę biograficzną:

Józef Koszarek „Benkowy” urodził się w 1938 roku w Bukowinie Tatrzańskiej.

Jest znanym i cenionym twórcą ludowym Podhala, działaczem na rzecz regionalnej kultury bukowińskiej. Jest artystą utalentowanym w zakresie sztuk plastycznych, regionalnego rękodzieła oraz w dziedzinie ludowej poezji, gawędziarstwa, tańca i śpiewu. Szczególne uznanie, podczas wielu konkursów, festiwali i wystaw, zdobyły jego wyroby rusznikarskie, noże zbójnickie, kordelasy, pistolety, ciupagi, wyroby ze skóry, pasy góralskie i torby myśliwskie, także ludowa biżuteria i spinkarstwo. Do wyrobu dzieł, oprócz skóry i drewna używa rogów, kości zwierzęcych oraz stali, mosiądzu, miedzi, koralu i srebra. Jego prace znajdują się w kolekcjach Muzeum Tatrzańskiego, Muzeum Rabczańskiego, a także w galeriach prywatnych. Swoje umiejętności wykonawcze i artystyczne oraz wieloletnie doświadczenie przekazuje synom: Maciejowi i Bartłomiejowi Koszarkom.

Od wczesnej młodości zajmował się także twórczością literacką, pisał gwarą poezje, gawędy i opowiadania góralskie. Ceniony jest również jako śpiewak, tancerz, członek kapeli i kierownik zespołu „Podhale” (grupy tatrzańskiej), zespołu „Wierchowianie”, kierownik kapeli twórców ludowych „Milenium”. Jest aktorem Amatorskiego Zespołu Teatralnego im. Józefa Pitoraka, kontynuatora Teatru i Chóru Włościańskiego, działającego w Bukowinie w okresie międzywojennym.

Józef Koszarek przez wiele lat związany był z działalnością Domu Ludowego w Bukowinie Tatrzańskiej – instytucji kulturalno-oświatowej, wybitnie zasłużonej dla rozwoju wsi. Współpracował także z wybitnymi bukowińskimi postaciami: Ćwiżewiczem, Józefem Pitorakiem, Józefem Bigosem, Bronisławą Konieczną-Dziadońską. W latach 1971-1974 pełnił funkcję prezesa Domu Ludowego. W tym czasie zainicjował i zorganizował drugą, obok „Sabałowych Bajań”, doroczną imprezę folklorystyczną – „Góralski Karnawał”(1973).Przez wiele lat był konsultantem i instruktorem zespołów regionalnych w zakresie pieśni góralskich, obyczaju, dawnego tańca i stroju. W 1975 roku zorganizował Oddział Związku Podhalan w Bukowinie Tatrzańskiej.

Laureat wielokrotnie uczestniczył w prezentacjach sztuki regionalnej, promując ją podczas festiwali i konkursów folklorystycznych, m.in. w Warszawie, Pradze, Lipsku, Norymberdze, Karlowych Warach. Na Festiwalu Ziem Górskich w Zakopanem w 1967 roku zdobył I nagrodę w kategorii śpiewu. Jest również laureatem I nagrody w konkursie „Podhalański ubiór regionalny i jego adaptacje” zorganizowanym w Zakopanem w 1985 roku. W uznaniu zasług dla społeczności lokalnej otrzymał Złotą Odznakę za Zasługi dla Gminy Bukowina Tatrzańska, a w 1973 roku odznakę Zasłużony Działacz Kultury i Nagrodę Państwową Ministra Kultury.

/red.K.M./

Co Dziadońka grywała wnukowi?

Dziadońka została zapamiętana jako gościnna góralka, która swoich przyjaciół i bliskich witała muzyką graną na werandzie. Od maja do października, gdy nie wiało i nie padało, grywała przed domem ponoć już od czwartej rano – gdy nie mogła spać. Jej muzyka rozbrzmiewała wtedy po całym wierchu.

Choć dla dzieci była ostra i oschła, dla wnuków stała się już bezkrytyczna. Uwielbiała swojego wnuka Stasia i odpuszczała mu absolutnie wszystko. Kiedy był małym chłopcem, lubiła mu grać dwie niegóralskie melodie, pewnie zasłyszane przez nią na festiwalach i przeglądach. Były to „Ej przeleciał ptaszek” (z repertuaru Mazowsza) i „Poszła Karolinka do Gogolina” – czyli śląska pieśń ludowa.

Wyobrażam sobie, jak Dziadońka gra wnukowi na skrzypcach, siedząc w ciepły dzień na werandzie, a potem podaje mu kogel-mogel z czterech jaj.

Prymist(k)a – czyli kto?

Kapele góralskie, ale też w ogóle kapele ludowe, przez lata zmieniały swoje zwyczajowe składy i ze względu na liczbę muzykantów, i ze względu na wykorzystywane instrumenty.

Zaczynając swoją przygodę z Dziadońką, nie wiedziałam jeszcze nawet, kim jest prymista – i na czym polegał kunszt Dziadońki jako prymistki?

Na nagraniu rodziny Maśniaków z 1985 roku doskonale widać, jak 17-letni prymista Stanisław Styrczula-Maśniak nadaje ton całej kapeli, tj. gra melodię prowadzącą. Od niego i jego indywidualności muzycznej zależy charakter muzyki. Tradycyjnie prymista trzyma skrzypce oparte na barku lub piersi. Ułatwia mu to grę, gdyż przeważnie używa się tylko 3 z 4 strun.

Sekundem nazywa się drugie skrzypce. Muzyk grający sekundę miał za zadanie uzupełnić lukę powstającą pomiędzy prymą a basami. Przy graniu sekundy, muzycy tradycyjnie opierają skrzypce nisko na piersi, aby łatwiej było im grać na niższych strunach.

Do tego dochodzą basy – „mały kontrabas”, na którym najłatwiej się nauczyć grać. Jeszcze sto lat temu żadna porządna wiejska kapela nie mogła obyć się bez basów, które podkreślają rytm utworu.

Nagranie z Zakopanego z 1985 roku. Prym: Stanisław Styrczula-Maśniak w wieku lat 17 (syn Mariana), sekund: Józef Styrczula-Maśniak, Bronisław Styrczula-Maśniak, Władysław Styrczula-Maśniak (syn Józefa), bas: Tadeusz Styrczula-Maśniak.

W XX wieku najczęściej tworzyły się kapele na 3 skrzypce (prym i 2 sekundy) i basy. Najważniejszą rolę do dziś odgrywa w nich prymista – pierwszy skrzypek. Gra on melodię główną, której nadaje różne własne ozdobniki i tworzy warianty. Niektóre wersje usamodzielniają się do tego stopnia, że trwale wiążą się z nazwiskiem wykonawcy – stąd istniejące na Podhalu nuty Sabałowe, Duchowe, Słodyczkowe, Studentowicza – i Dziadońcyne.

Prymistka Stanisława Galica-Górkiewicz, uczennica Dziadońki

Zanim spotkam jedyną uczennicę Dziadońki, oglądam nagranie z nią zrealizowane w ramach Festiwalu Wszystkie Mazurki Świata w Warszawie oraz podczas Turnieju Muzyków Prawdziwych w Filharmonii Szczecińskiej.

Stanisława Galica-Górkiewicz jako nastolatka przez rok mieszkała w domu Dziadońki, w tym samym czasie chodząc również do szkoły muzycznej. Dziadońka przez lata wykształciła wielu innych uczniów – świetnych muzykantów (Adam Kuchta, Jan Czernik Gracka, Piotr Chowaniec Kroka czy Eugeniusz Wilczek). Jednak tylko Pani Stanisława od lat podkreśla swoją silną więź z dawną Mistrzynią. Jest rodowitą bukowianką, pochodzi ze starej góralskiej rodziny Galiców. Od ponad 30 lat aktywnie uczestniczy w działalności kulturalno-regionalnej, promując i upowszechniając podhalańską kulturę ludową w kraju i zagranicą.

Jest też autorką imponującej 3-częściowej serii książkowej o Bukowinie Tatrzańskiej: „Bukowina Tatrzańska. Czasy – Ludzie – Wydarzenia” (2007), „Bukowina Tatrzańska – Góralskie życie” oraz „Bukowina Tatrzańska – Powrót do źródeł” z 2008 roku.

Kobiety – brakująca połowa dziejów

A było tak.

Zwabiła mnie wystawa w warszawskim Domu Spotkań z Historią pt. „Odzyskana. Fotoreportaż z Warszawy 1918-1939”, a jeszcze bardziej towarzyszące wystawie spotkanie „Kobiety międzywojennej Warszawy” zorganizowane 31 stycznia. Wyczułam nosem, że dyskutanci będą ciekawi i że warto. Jak mówił opis promocyjny, spotkanie miała prowadzić Katarzyna Chudyńska-Szuchnik, przewodniczka miejska (WarsOff), dziennikarka, blogerka, związana z Muzeum Warszawskiej Pragi. Goście: Anna Kowalczyk – dziennikarka i blogerka, autorka książki „Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich” oraz Marta Marek z Muzeum Sportu i Turystyki oraz varsavianista Ryszard Mączewski.

Na spotkanie ostatecznie się spóźniłam, więc ominęła mnie prezentacja dyskutantów i ich dokonań. Ale choć spóźniona, z wielkim zainteresowaniem słuchałam o dokonaniach sportsmenek międzywojnia, takich jak Halina Konopacka-Matuszewska – rekordzistka świata w rzucie dyskiem, Maria Kwaśniewska – medalistka w rzucie oszczepem i Jadwiga Jędrzejewska – tenisistka, wielokrotna mistrzyni Polski i finalistka Wimbledonu.

Po dyskusji nieśmiało podeszłam do dziennikarki, która zrobiła na mnie największe wrażenie swoją wiedzą, sądząc (w swojej bezczelności), że coś mi podpowie, gdzie szukać ciekawych tropów na temat moich trzech bohaterek. No i oczywiście wstyd mnie ogarnął straszny, gdy dotarło do mnie, że Anna Kowalczyk, z którą właśnie rozmawiam, napisała nawet książkę pt. Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich i że jej premiera to bardzo świeża sprawa, a ja nic o tym nie wiem! Od słowa do słowa, okazało się, że odwiedziła nawet rok wcześniej Stanisławę Galicę-Górkiewicz, czyli uczennicę Dziadońki, i że o samej Dziadońce również wspomina!

Tak więc mam, kupiłam i czytam – choć lekturę zaczęłam od rozdziału 6 SZTUKA, bo to w nim Autorka wspomina o swojej wizyty u p. Stanisławy Galicy oraz o dokonaniach Dziadońki. Książka jest szeroko zakrojonym i szalonym kalejdoskopem, bo Kowalczyk zaczyna swój przegląd od paleolitycznych pin-up girls, a kończy na współczesnych polityczkach. No i znalazło się również miejsce dla artystek – góralek. Naprawdę warto przeczytać, a przynajmniej przejrzeć.

Praca z pamięcią

Podobno pisanie scenariusza powinno się odbywać w ciszy i skupieniu, z dala od ciekawskich oczu. Im mniej pary pójdzie w gwizdek, tym lepiej, a energia włożona w benedyktyńską pracę ma przełożyć się na końcową jakość.

Niestety, należę do typów „dialogujących” – kolekcjonuję cudze głosy i luźne uwagi, przesiewam je i sortuję, żeby ostatecznie zrobić z nich coś swojego. Potrzebuję nieustającego przepływu energii, żeby samą siebie motywować do pracy. Stąd chyba wziął się pomysł prowadzenia bloga wokół projektu, który roboczo nazwałam „Niecodzienne kobiety dwudziestolecia”. Stypendium twórcze w kategorii film pozwala mi w tym roku rozwijać pomysł na scenariusz o losach trzech kobiet żyjących w międzywojniu: sportsmenki Zofii Smętkówny, policjantki Stanisławy Filipiny Paleolog oraz muzykantki Bronisławy Koniecznej „Dziadońki”. Projekt ostatecznie nazwałam jednym słowem LUSTRA. Dlaczego tak?

Od listopada 2018 do stycznia 2019 roku uczestniczyłam w kursie edukacyjnym „Kobiety w Polsce lat dwudziestych i trzydziestych” w warszawskim Muzeum Polin. Słowo pojawiło się na ostatnich zajęciach pt. „Historie składane z kawałków – warsztaty kolażu”, prowadzonych przez dr Patrycję Dołowy, która od lat pracuje z pamięcią, posługując się historiami mówionymi i performansem. Rozmawiałyśmy wtedy m.in. o tym, że pamięć o kobietach buduje się ze skrawków. Jak ją ułożyć w kolaż w ramach rzeczywistości, w której świat i historia opowiadane są w sposób męski? Uznać, że to, co zostało w pamięci indywidualnej, również ma znaczenie. Moim zadaniem będzie więc pozbieranie w jeden rysunek drobnych, chaotycznie rozrzuconych puzzli – przypominających nie wiadomo skąd wydzierane papierki. Trzeba dosztukować brakujące elementy tych opowieści dzięki pamięci kobiet, które wciąż żyją. Założyć, że coś MOGŁO się wydarzyć, nawet jeśli nic ani nikt tego nie potwierdzi. Będzie to niewyraźny obraz z luster odbijających inne lustra. Trudna praca z pamięcią, która nie umie być obiektywna, sporo przemilcza albo wręcz ukrywa. Dotarło do mnie, że historia tych trzech kobiet dopomina się, by wymyślić ją na nowo. Tylko jak?

Zaczęłam od kolażu, który tak bardzo pęczniał, że musiałam mu pozwolić zejść na podłogę!

fot. D. Matloch / Muzeum Historii Żydów Polskich