Służba kurierska – wspomnienia z obrony Lwowa 1918

W biografii Stanisławy Paleolog nie można pominąć lat 1918-1819, które spędziła we Lwowie. Po próbie opanowania Lwowa przez Ukraińców w nocy z 31 października na 1 listopada 1918 r., została przez Komitet Obywatelski Polek skierowana do pracy w szpitalu, ale już następnego dnia rozpoczęła służbę kurierską i wielokrotnie z narażeniem życia przekradała się przez linię frontu. Za zasługi podczas walk o Lwów Paleolog została odznaczona Krzyżem Niepodległości i Krzyżem Obrony Lwowa z Mieczami, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Orląt, Medalem Pamiątkowym za Wojnę 1918-1921 i Medalem Dziesięciolecia Odzyskania Niepodległości. Po wyparciu z miasta Ukraińców wstąpiła do Milicji Obywatelskiej Kobiet. Na przełomie lat 1918 i 1919 uczestniczyła w organizacji zbrojnej – Ochotniczej Legii Kobiet (OLK).

Walki polsko-ukraińskie – obrona Lwowa. Patrol legionistek w listopadzie 1918. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Wielkie wrażenie zrobiły na mnie jej wspomnienia, obrazowe jak gotowy materiał na scenariusz filmu, opublikowane wśród wielu innych świadectw w książce Służba Ojczyźnie. Wspomnienia uczestniczek walk o niepodległość 1915-1918 (Warszawa 1929). Rozdział autorstwa Stanisławy Paleolog pt. Służba kurierska zamieszczam poniżej. Cała publikacja dostępna jest do pobrania na stronie Biblioteki Cyfrowej UMCS.

Walki polsko-ukraińskie – obrona Lwowa. Mogiły poległych na placu Bema. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Pamiętnej jesieni roku 1918 mieszkałam we Lwowie i pracowałam jako urzędniczka w Namiestnictwie. Koleżanki i koledzy biurowi mówili wówczas często o Radzie Regencyjnej, o tem, że ma zjechać do Lwowa, i o zmianach, jakie z tego powodu zajść miały.

Oprócz tego, umysły lwowian zajęte były sprawą ukraińską — dochodziły nas głuche wieści o organizowaniu przez Ukraińców jakiejś akcji bojowej z powodu Lwowa i Galicji Wschodniej.

Ostatniego października, w wigilię Wszystkich Świętych, o godzinie 12 w nocy wracałam z siostrą i znajomymi z teatru. Idąc ulicą Teatyńską, usłyszeliśmy przeciągły, żałosny jęk. Serce ścisnęło mi się w przeczuciu czegoś groźnego, a zarazem czegoś niezmiernie ważnego. Jak się wkrótce dowiedziałam, był to śmiertelny jęk legionisty zabitego przez Ukraińców.

Po niespokojnie przespanej nocy, nazajutrz rano, o godzinie 9-ej wyszłam na ulicę w kierunku mego biura. Ku wielkiemu memu zdziwieniu przy bramie zagrodził mi drogę żołnierz ukraiński w austrjackim mundurze; na moje żądanie wpuszczenia mnie do gmachu pchnął mnie kolbą karabina i krzyknął z wściekłością: ,,U’riadowaty sia ne budę”. Zrozumiałam, że sprawdziły się obawy lwowian — miasto zajęli Ukraińcy i stali się panami sytuacji.

Owładnął mną gniew. Pragnąc zasięgnąć informacyj o stanic oblężenia i o zamiarach polskiego społeczeństwa, udałam się na plac Akademicki 1, do Komitetu Obywatelskiego Polek. Ani przez chwilę nie wątpiłam, że będziemy walczyć o Lwów i że go obronimy.

W Komitecie zastałam kilkanaście osób, obradujących nad utworzeniem posterunku sanitarnego w lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek. Dowiedziałam się też, że młodzież polska wszczęła już akcję obrony miasta i że legjoniści, peowiacy i studenci walczą już w okolicy Dworca Głównego i Szkoły Sienkiewicza, stanowiącej w tej chwili rodzaj obronnej twierdzy. Miasto zostało podzielone na dwie części — polską i ukraińską; linja polskiego Lwowa sięgała w tej chwili od Dworca do Techniki. Następnie  dowiedziałam się, że są już zabici i ranni. Rannym trzeba było nieść pomoc.

Natychmiast zgłosiłam się do służby sanitarnej, pozostawałam w niej jednak tylko dzień jeden, gdyż sanitarjuszek było bardzo wiele, żołnierzy zaś walczących z bronią w ręku — bardzo mało.

W lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek, na Placu Akademickim, urządzono punkt opatrunkowy i zakonspirowano jego załogę, składającą się z kilku żołnierzy.

Dnia 1 listopada, w nocy, w przewidywaniu jakiejś akcji ze strony otaczających dom patroli ukraińskich, zarządzono ostre pogotowie. Oprócz załogi były tam sanitarjuszki, brakowało jednak lekarza. Z pośród obecnych w lokalu kobiet jedna zwróciła moją szczególniejszą uwagę; uderzyło mnie mocne spojrzenie jej pięknych oczu i stanowczy wyraz twarzy. Była to p. Aleksandra Zagórska. Ona to zdecydowała, że trzeba natychmiast sprowadzić lekarza. Wobec późnej godziny i ogłoszonego przez Ukraińców stanu oblężenia, zabraniającego wychodzić na ulicę po godzinie 5-ej, chętnych do wykonania wyprawy na miasto nie było. Ja jednak wzięłam to jako rozkaz dla siebie i udałam się na ulicę Pańską do jednego z mieszkających tam lekarzy. Po pewnym czasie wróciłam z nim do Komitetu Obywatelskiego Polek bez żadnych szczególnych przygód.

Po powrocie zaczęłam rozmowę z p. Zagórską. W nastroju niespokojnego oczekiwania, przy zabarykadowanych szafami oknach, słuchałam opowiadania o udziale jej w rewolucji 1905 roku. W toku rozmowy dowiedziałam się następnie, że obecnie na ukraińskiej stronie Lwowa została zorganizowana Polska Komenda Uzupełnień, mająca na celu utrzymywanie kontaktu z Komendą Wojsk Polskich na polskiej stronie Lwowa (ul. Grunwaldzka 8). W tym celu p. Zagórska przy Komendzie Uzupełnień organizuje oddział kurjerek. Zadaniem ich będzie przedzieranie się przez linję bojową i przenoszenie wszelkich raportów o ruchach wojska ukraińskiego do Komendy Wojsk Polskich oraz przeprowadzanie ochotników, zgłaszających się do szeregów wojska polskiego. Do oddziału kurjerek zgłosiła się już Wanda Lechowin, z zawodu szewc, bardzo dzielna dziewczyna.

Bez chwili namysłu wyraziłam chęć pełnienia tej służby i prosiłam panią Z., o przyjęcie mnie do oddziału. Z niecierpliwością oczekiwałam świtu, gdyż pani Z, obiecała wysłać mnie z rannym raportem na tamtą stronę. O godzinie 7-ej przyniesiono z Biura Wywiadowczego zwiniętą kartkę. Był to właśnie raport.

Pani Z. oświadczyła mi, że pójdziemy razem przez linję bojową, gdyż zamierza przedostać się do swego domu na Kulparków. Wybrałyśmy drogę koło Cytadeli, jako najpewniejszą. Po drodze spotkałyśmy Wandę Lechowin, która poszła z nami. Na murach było wojsko ukraińskie, na południowych stokach stali nasi oficerowie. Żeby przedostać się do naszych, trzeba było przejść ulicę Pełczyńską, gęsto ostrzeliwaną przez Ukraińców. Na chwilę przystanęłyśmy; pierwszego przykrego wrażenia doznałyśmy nie z powodu strzałów, lecz na widok trupów, leżących w poprzek ulicy. Były to osoby cywilne, prawdopodobnie dążące do sklepiku po zakupy. Pomimo gęstych strzałów przeszłyśmy szczęśliwie. Pani Z. pożegnała nas i poszła do domu, my zaś udałyśmy się na ulicę Grunwaldzką do Komendy Wojsk Polskich.

Po doręczeniu raportu, zabrałyśmy z redakcji „Pobudkę“ (dziennik wydawany przez Komitet Obrony Lwowa). Ukrywszy 10 numerów tego pisma pod ubraniem na plecach, udałyśmy się z powrotem tą samą drogą. Gdy doszłyśmy pod Cytadelę, gdzie stali nasi, jeden z oficerów przydzielił nam żołnierza. Spostrzegli to Ukraińcy i natychmiast podwoili ogień, kierując go wyraźnie w naszą stronę. Kule zaczęły tak gęsto świstać nam koło uszu, że zmuszone byłyśmy prosić naszego towarzysza, by nas zostawił własnemu losowi.

Na ulicy św. Zofji zatrzymał nas żołnierz ukraiński, wprowadził do bramy i zaczęła się rewizja osobista. Serca nam przestały bić na chwilę. Nie było wątpliwości, że, w razie znalezienia ,,Pobudki”, spotka nas śmierć pod murami tejże kamienicy, bez sądu, z rąk tego oto żołnierza. Rewizja była bardzo dokładna. Obejrzał uważnie zdjęte na rozkaz obuwie, kapelusze, przesunął rękami po sukni — „Pobudki“ jednak nie znalazł. Jakieś dziwne, niewytłumaczone szczęście uratowało nas od niechybnej, jak nam się zdawało, śmierci. Za chwilę szłyśmy dalej, ciesząc się, że jesteśmy uratowane i że możemy spragnionym przynieść wiadomości z „tamtej“ strony.

Od tego czasu kursowałam stale, jak wszystkie nasze kurjerki, bądźto linją bojową, bądź drogą okólną. Często bardzo towarzyszyła mi w tych wędrówkach niestrudzona Wanda Lechowin. Takich wypraw miałyśmy wiele, wobec konieczności utrzymywania stałego kontaktu między Komendą Uzupełnień a Komendą Wojsk Polskich. Jako przykład wymienię tu parę przejść charakterystycznych.

Dnia 8 listopada otrzymałam polecenie zrobienia wywiadu na Wysokim Zamku, dla ustalenia, ile dział i jakie posiadają Ukraińcy na tej pozycji. Wywiadu dokonałam, ale w drodze powrotnej zostałam lekko raniona w lewe ramię.

Tego samego dnia, około godziny 12 w nocy przybył do lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek kpt. Sulimirski i oznajmił, że Ukraińcy przygotowują wielki atak na godzinę 1-ą w nocy. Wiadomość tą należało zanieść niezwłocznie do Komendy Wojsk Polskich. Od pomyślnego wykonania tego polecenia zależało nasze zwycięstwo.

Wobec tego, że chwila do przejścia linji bojowej była bardzo nieodpowiednia i niebezpieczna, kpt. S. proponował pójście „na ochotnika“. Zgłosiłam się od razu. Pani Zagórska nie pozwoliła mi jednak iść samej — na drugą zgłosiła się Wanda Lechowin.

Krótka przemowa pani Z. o ważności zadania, o niebezpieczeństwie i konieczności zachowania największych ostrożności, kilka serdecznych słów kpt. S. na drogę i — poszłyśmy.

Postanowiłyśmy iść przez park Stryjski i Szkołę Kadecką. Zaraz na placu Akademickim zatrzymał nas oficer ukraiński i, przykładając rewolwer do piersi Wandy, zapytał, dokąd idziemy. W pierwszej chwili byłyśmy przerażone postawą oficera, zdawało się, że lada moment zastrzeli nas; wiedziałyśmy dobrze, że tego rodzaju wypadki zdarzały się często w czasie tej wojny. Po chwili zaczęłyśmy się tłumaczyć, mówiąc, oczywiście, po rusku; podałyśmy się za Rusinki, w dowód czego Wanda pokazała jakąś metrykę grecko – katolicką, w którą przezornie zaopatrzyła się przedtem. Tłumaczyłyśmy, że śpieszymy do umierającego ojca, że iść musimy. Argumenty te przekonały go widać, bo nas puścił.

Idąc w stronę parku Stryjskiego, ujrzałyśmy z daleka kilku żołnierzy ukraińskich i oficera przy karabinie maszynowym. Natychmiast zbliżyli się ku nam. Nastąpiły te same pytania i te same nasze tłumaczenia. Mówiłyśmy, że poprzedni patrol nas puścił i że nie powinni nas zatrzymywać. I tym razem jakoś nie zaaresztowano nas. Poszłyśmy dalej.

W parku ciemność, pustka! Liście szeleszczą nam pod nogami. W ciszy nocnej słychać każdy nasz krok. Od Szkoły Kadeckiej padają strzały. Tam są nasi. To oni strzelają do nas. Przypadłyśmy do ziemi, chwilę leżymy spokojnie, potem wstajemy i idziemy dalej. Znowu strzały! Znów więc padamy na ziemię i zaczynamy czołgać się w kierunku strzałów. Wreszcie głos cienki ni to męski, ni niewieści zapytuje: „Kto idzie?“ „Swój!“ „Hasło?”?

„Nie znamy hasła, idziemy z rozkazem dc Komendy Wojsk Polskich! Ten sam cienki głos rozkazuje: ,,Stać”!? Po chwili słyszę rozmowę w ciemności, ale, nie widząc nikogo, posuwam się dalej.

„Obywatelko, czy macie papierosa?“ – zapytano mnie nieoczekiwanie.

Zabłysły dwa światełka. Zobaczyłam wówczas dwie postacie, była to Wanda Lechowin i ów żołnierz — dzieciak, nie mający więcej ponad 16 lat. Wanda rozmawia z żołnierzem, leżącym w okopie.

Zapytuję: „To wy strzelaliście do nas?”?

„Ja z drugim kolegą” – brzmiała odpowiedź.

Powiedziałam, że chcemy pójść do Szkoły Kadeckiej, że niesiemy rozkaz do Komendy Wojsk Polskich.

„Przeprowadzimy was” – proponuje żołnierzyk.

„Dziękujemy, najgorsze już minęło, pójdziemy same“.

„W takim razie powiedźcie tam w Szkole, żeby nas zmienili, zostajemy na posterunku od 24-ch godzin — jesteśmy głodni, zmęczeni i brudni!”.

W Szkole Kadeckiej nie chciano puścić nas dalej bez hasła lub okazania kartki, którą niosłyśmy do Komendy Wojsk Polskich. Mając wyraźny rozkaz oddania tej kartki tylko majorowi Kmicie, nie chciałyśmy oddać jej nikomu innemu. Wyratował nas z kłopotu znajomy mi dr. Leszek Jakliński, który za nas zaręczył. Przepuszczono więc i poszłyśmy, a raczej pobiegłyśmy dalej, aby zdążyć do Komendy przed godziną 1-ą w nocy. Udało się nam na czas wręczyć raport majorowi Kmicie. Kilkakrotnie dziękował nam za dostarczenie tak ważnej wiadomości i pytał, czy rzeczywiście nie było mężczyzn, którzy by przynieśli ten rozkaz. Powiedziałyśmy wtedy, że poszłyśmy „na ochotnika”. Zapytał nas, czy nie mamy jakiego życzenia. „Jeść”, powiedziałyśmy obie jednocześnie, bo z aprowizacją w tych ciężkich dniach było bardzo trudno i od 2-ch dni nic prawie nie miałyśmy w ustach.

Podano nam trochę zimnej baraniny i wskazano nocleg w niemniej zimnym pokoju. Tu, mimo zmęczenia i chłodu, czułyśmy się dziwnie szczęśliwe.

Rano wzięłyśmy kilka numerów „Pobudki” i na Żubrzę i Sokolniki, drogą wynoszącą około 13 kilometrów, wracałyśmy do Komitetu Obywatelskiego Polek. W parę dni później spotkałam na ulicy siostrę moją Helenę, która mi opowiedziała, że stan zdrowia jednej z kurjerek, Felicji Sulimirskiej, jest bardzo ciężki i że prosi o sprowadzenie do niej rodziców, których chciałaby przed śmiercią pożegnać. Mieszkali na ulicy Piotra i Pawła. Schylając się pod murami kamienic, aby się uchronić od strzałów, padających od cmentarza, szłyśmy ulicą Łyczakowską w kierunku mieszkania pp. S. Na rogu ulicy Piotra i Pawła zatrzymał nas ukraiński żołnierz i nie chciał nas przepuścić. Z ciężkiem sercem musiałyśmy powrócić, nie spełniwszy ostatniej woli naszej koleżanki. Nie pożegnana przez nikogo z najbliższych, umarła w parę godzin potem.

Prócz wywiadów i przenoszenia raportów do Komendy Wojsk Polskich, do obowiązków naszych należało przeprowadzanie na polską stronę mężczyzn, chcących wstąpić w nasze szeregi. Przeprowadzanie takie odbywało się najczęściej okólnemi drogami, z koszykami lub torbami na plecach, pod pozorem, że się idzie po zakupy prowjantów.

W chwilach wolnych od swych zajęć zajmowałyśmy się kolportowaniem „Głosu Polskiego“. Nie było to rzeczą bezpieczną i łatwą wobec czujności Ukraińców. Rozdawało się gazetkę w rozmaity sposób. Doręczało się do domów, rozdawało w lokalach publicznych, jadłodajniach polskich, a nawet kościołach po nabożeństwie.

Wobec zdemolowania przez Ukraińców wszystkich drukarń i zamknięcia wszystkich redakcyj dzienników polskich, każda wiadomość o sytuacji wojskowej i ogólnej była przyjmowana przez społeczeństwo polskie skwapliwie i z radością; z drugiej strony trzeba było działać ostrożnie, aby przez oddanie gazety w niepowołane ręce nie zdemaskować całej naszej roboty.

Dnia 21 listopada wróciłam późno z ,,tamtej strony” i zmęczona położyłam się w lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek na jednem z łóżek, przeznaczonych dla rannych. Rano obudził mnie straszny huk. Wyszłam na balkon i zobaczyłam, że jedna z kamienic na ulicy Akademickiej została uszkodzona granatem, słychać też było dość oddalone strzały. Ulicami maszerowały całe szeregi żołnierzy. W pierwszej chwili myślałam, że to są Ukraińcy. Wtem usłyszałam słowa piosenki — ,,Wojenko, wojenko!”. Zrozumiałam wreszcie, że Lwów jest wolny, że to są nasi.

Wybiegłam na rynek — na Ratuszu powiewały polskie chorągwie. Nieprzytomna radość rozsadzała serce. Zawiadomiłam niezwłocznie panią Zagórską i we trzy razem z Wandą Lechowin udałyśmy się na miasto. Sejm stał cały w płomieniach. Był to widok cudowny, ale pełen grozy. Smutno było patrzeć na poszarpane kulami drzewa w ogrodzie Jezuickim.

Radość tego dnia została zmącona straszną wieścią o śmierci 14-stoletniego Jurka, syna p. Zagórskiej. Zginął tej nocy śmiercią żołnierską na cmentarzu Łyczakowskim.

Przez dni kilka grzebałyśmy naszych bohaterów.

Z chwilą oswobodzenia Lwowa skończyła się służba kurjerska.

Wstępowałyśmy wówczas do zorganizowanej przez p. Zagórską Obywatelskiej Milicji. Jedna tylko Wanda Lechowin, z którą odbyłam większość moich wywiadów i wypraw „na tamtą stronę“, wyjechała jako kurjerka do Mikołajowa i tam dostała się do niewoli ukraińskiej. Po wielu tygodniach więzienia ukraińskiego, udało się jej, przy pomocy komendanta P. O. W. w Drohobyczu, uciec z niewoli, na Węgry. Po długiej tułaczce o chłodzie i głodzie wróciła do Lwowa z początkami gruźlicy. Organizm jej, nadszarpnięty ciężką pracą służby kurjerskiej i okropnymi warunkami niewoli, nie mógł już zwalczyć choroby. Zmarła w Krakowie po kilku latach cierpienia. Była jedną z najlepszych i najdzielniejszych kurjerek. Niezmordowana w pracy, niezmiernie odważna, znająca świetnie teren, niejednokrotnie pomimo niesłychanego zmęczenia po trzy razy jednego dnia przechodziła linję bojową, oddając sprawie polskiej niezmierne usługi. Cześć jej pamięci!