Rekonesans…?

Minął rok od rozpoczęcia pracy przy moim początkowo mgławicowym jeszcze pomyśle na trylogię filmową o trzech kobiecych osobowościach. O trzech niecodziennych kobietach, żyjących w podobnym czasie, pionierkach, wyrastających poza swoje środowisko i otoczenie.

A mimo to wciąż czuję, jakby ta podróż w nieznane dopiero się rozpoczęła. Jakbym wyruszyła na roczny rekonesans, a to, co najważniejsze, jest jeszcze przede mną.

Każdy kolejny dzień przynosi nowe, czasem zaskakujące informacje na temat moich bohaterek. Wiem, że jest jeszcze wiele miejsc, do których nie dotarłam i rozmów, których nie przeprowadziłam.

Czasem nagle znajduję okruch, który rzuca zupełnie nowe światło na jakiś wątek czy rozwiązanie. Tak też było dzisiaj. Do tej pory przypuszczałam, że Stanisława Paleolog jako Podkomisarz policji kobiecej mogła mieszkać w Warszawie „skoszarowana”. W rozmowie z jej daleką rodziną również nie uzyskałam żadnych podpowiedzi na temat jej miejsca zamieszkania.

Książka „Dziewczęta w maciejówkach” Stanisława M. Jankowskiego, fragment str. 215

Aż tu nagle przyjrzałam się uważnie dokumentowi opublikowanemu w znakomitej książce Stanisława J. Jankowskiego „Dziewczęta w maciejówkach”. To kwestionariusz, który Paleolog musiała wypełnić, aby przyznano jej Krzyż Niepodległości. Dopiero teraz zauważyłam, że podaje w nim swój AKTUALNY ADRES z 19 grudnia 1933 roku: jest to ul. Śniadeckich 12 m. 50.

W tym samym miejscu mieści się dziś nowsza kamienica o numerze 12/16, bezpośrednio sąsiadująca od lewej strony z Instytutem Matematycznym PAN – pod numerem 8 (odbudowany w 1950 r.), a od prawej strony z zabytkową, secesyjną kamienicą z roku 1913. I choć odszukanie dawnego mieszkania Stanisławy Paleolog nie jest już możliwe, za kilka dni planuję się wybrać na ulicę Jana i Jędrzeja Śniadeckich…

Co miłość wybaczy pijanej fordanserce? – piosenki międzywojnia ciąg dalszy

Rewia i kabaret przeżywały rozkwit w dwudziestoleciu międzywojennym, choć ich żywot bywał kapryśny. Jedne – jak Qui Pro Quo czy Cyrulik Warszawski – trwały latami, inne – jak Banda czy Cyganeria – upadały już w kilka miesięcy po powstaniu. Piosenki w latach trzydziestych wydawano na płytach i często sprzedawano od dnia premiery – tym większa była ich popularność. A że artyści kabaretowi zaczęli występować także w filmach, wkrótce śpiewane przez nich szlagiery miała na ustach cała Polska.

Film „Szpieg w masce” z 1933 roku nie był może najambitniejszym dziełem, ale na pewno mocno rozbudzał sentymenty i promował Hannę Ordonównę – „ulubienicę publiczności polskiej”, „polską królową mody”, „śpiewającą hrabinę”. To stąd pochodzą dwa wielkie przeboje: klasyczny walc „Miłość ci wszystko wybaczy” oraz slowfox „Na pierwszy znak”. Śpiewa je główna bohaterka RITA HOLM, artystka dancingowa.

Tak fabułę tej superprodukcji streścił jeden z filmoznawców, pisujących dla portalu filmpolski.pl: „Profesor Skalski (Jerzy Leszczyński) pragnie uwolnić ludzkość od strasznej i okrutnej plagi – wojny. W tym celu pracuje nad wyprodukowaniem promieni, które byłyby zdolne na odległość zahamować wszelkie motory, a więc przede wszystkim wrogich samolotów. Jest już bliski upragnionego triumfu naukowego. Lecz nie śpi wywiad państwa ościennego. Posługuje się agentką – śpiewaczką dansingową (Hanka Ordonówna), która śpiewem, tańcem i kuszącą urodą usidla syna wynalazcy (Jerzy Leszczyński), aby w ten sposób osiągnąć cel wrogiego wywiadu. Lecz oto między nimi rodzi się miłość prawdziwa. Opętanej przez intrygi polipa szpiegowskiego (Bogusław Samborski) – nie pozostaje wszakże już teraz wolny wybór… Wreszcie kotłujące się i kipiące namiętności miłosne oraz knowania szpiegowskie sięgają punktu wrzenia. Wynalazek jest dokonany, obcy wywiad go wykrada, następuje szaleńczy pościg, w czasie którego Jerzy strzela i trafia Ritę. Umiera ona ze słowami, że chciała wyrwać się z tego bagna, ale nie miała dość siły.”

Jedna z bohaterek „Luster”, Aniela Serek, która przybyła z prowincji do Warszawy w poszukiwaniu pracy, marzy o tym, by zostać artystką kabaretową. Musi jednak zadowolić się zajęciem fordanserki, co początkowo nie wydaje jej się najgorszym pomysłem. Przybiera na wzór Rity Holm pseudonim RITA, zachwycona „Szpiegiem w masce” (film 27 X 1933 miał premierę). Ale kolorowy świat nocnych dancingów pcha ją w ręce kryminalnego półświatka, sutenerów i ich prostytutek, z którego naiwną dziewczynę mogą uratować już tylko Brygady Kobiece Stanisławy Paleolog.

Slowfoks „Pijana fordanserka”, tutaj we współczesnym wykonaniu

Jak wyglądała praca fordanserki? Tak ją opisywał Jalu Kurek w swojej książce „Grypa szaleje w Naprawie”: Kiedy w dansingu poprawiła się frekwencja, otrzymywała po pięć złotych za noc oraz procent od wypitego alkoholu. Musiała więc siedzieć przy stoliku i pić. Pić jak najwięcej i zapraszać do picia partnerów. Słaba od przepicia, wylewała wódkę na kwiaty, do popielniczek, do wody sodowej; oczy mętniały, szła czym prędzej tańczyć, ale nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Trzeba jednak zarabiać. (…) Oprócz dansingu oraz stolików w barze były i gabinety. Tam się piło już wino, czasem szampana, od którego nieznośnie bolała ją głowa. (…) Wszyscy byli wtedy pijani i mieli wargi mokre, a oczy chorobliwie wysadzone na wierzch. Działał obłęd opilczy, który czynił każdą namiętność zwierzęcą i wstrętną.

Paleolog o przyczynach prostytucji

Prostytutki na ul. Marszałkowskiej w Warszawie 1925 rok. Źródło: NAC

W rozdziale IV swojej książki „The Women Police of Poland 1925 to 1939” Stanisława Paleolog bierze sobie za cel opisanie przyczyn prostytucji w Polsce oraz warunków sprzyjających jej istnieniu. Zaznacza jednak, że niemożliwe jest wymienienie i rozpoznanie wszystkich przyczyn i okoliczności, które bezpośrednio lub pośrednio wpływają na rozwój prostytucji. Odwołuje się do popularnych w latach 20. i 30. teorii, szukających przyczyny stania się prostytutką w charakterze kobiety, w jej tzw. psychopatycznych skłonnościach. Nie zgadza się jednak, że to owe psychopatyczne skłonności są najważniejszą przyczyną; wg niej w Polsce jest nią bezrobocie.

Duński psychiatra, profesor Kemp,  mówi, że 80% prostytutek to psychopatki i twierdzi, że jest to nieuleczalne. Pani Hall w swojej książce „Prostytucja we współczesnym świecie” twierdzi, że w Anglii nie ma prostytutki, która mogłaby powiedzieć, że przyczyną stania się prostytutką były jej niewystarczające zarobki. Międzynarodowa Organizacja Kobiet Katolickich w swoim raporcie Ligi Narodów w 1932 pisze: „Doszliśmy do wniosku, że główną przyczyną prostytucji nie jest sytuacja ekonomiczna, lecz indywidualna, moralna lub społeczna.”. Z drugiej strony, raporty organizacji społecznych w krajach Europy kontynentalnej, w tym w Niemczech i w Polsce, wskazują, że w tych krajach bezpośrednią przyczyną prostytucji jest bezrobocie. Trudno stwierdzić właściwie i proporcjonalnie wpływ tych okoliczności na wzrost prostytucji. Jeśli psychopatyczne skłonności są bezpośrednią przyczyną, wtedy bieda, złe otoczenie, działanie elementów kryminalnych można uznać za czynniki niebezpośrednie. I vice versa.

Prowadząc swój wywód, Paleolog podaje liczne przykłady upadku kobiet wzięte wprost z ulicy lub z sali sądowej i muszę przyznać, że niektóre z nich są wyjątkowo przygnębiające. Nie mogę zapomnieć tzw. klasycznej historii W.C. – córki praczki i robotnika, który przepijał wszystko, co zarobił. Mała W.C. pomagała swoim rodzicom, handlując nielegalnie na ulicy. Została wypatrzona przez agenta handlu kobietami i dziećmi i uprowadzona przez niego do Łodzi, skąd miała być wysłana wraz z innymi kobietami do Argentyny. Jej zaginięcie zostało jednak zgłoszone do Kobiecej Brygady Policyjnej w Warszawie. Znaleziono ją w Łodzi w podejrzanym hotelu, w momencie gdy agenci negocjowali jej cenę – osiągnęła ona 500 zł… Mała W.C. wróciła do domu.
Jak pisze Paleolog, „Fizycznie nie zrobiono dziewczynie żadnej krzywdy, bo była zbyt cenna i Argentyńczycy mieli zapłacić za nią dobrą cenę. Ale to doświadczenie zostawiło bolesny ślad w umyśle dziecka, a w ograniczonych umysłach jej rodziców powstała myśl, by urodę dziewczynki wykorzystać finansowo. Rezultatem była prostytucja ze smutnym finałem – dziewczyna popełniła samobójstwo, rzucając się z 4. piętra. Jak możemy zobaczyć, dziewczyna nie miała żadnych psychopatycznych skłonności do prostytucji. To jej otoczenie i łańcuch okoliczności były przyczynami jej smutnego końca”.

Odpowiedzialnością za ten stan rzeczy obarcza Paleolog MĘŻCZYZNĘ z jego uprzywilejowaną pozycją w społeczeństwie. Zaskoczyło mnie, jak bardzo z jednej strony gorzkie, a z drugiej strony klarowne wnioski wyprowadza ze swojej wieloletniej pracy w policji. Paleolog nagle okazuje się feministką, świadomą swoich społecznych ograniczeń kobietą, która przecież tak wiele osiągnęła w męskim świecie międzywojennej policji. Jak pisze dalej (w swobodnym tłumaczeniu), gdyby nie mężczyzna i jego konsumpcyjny stosunek do seksu, prostytucji by nie było. A mimo to za jedyną winną i penalizowaną przez prawo uznaje się kobietę:

Rola mężczyzny jako konsumenta wcale nie jest mała w istnieniu prostytucji. W rzeczy samej możemy powiedzieć, że istnieje dla niego i dzięki niemu. Mężczyzna przez swoje ciągłe poszukiwanie chwilowych i niewiążących seksualnych relacji kreuje podaż i popyt, co jest połączone z istnieniem handlu kobietami i wykorzystywaniem prostytucji.  Całe brzemię związane ze środkami służącymi do tłumienia prostytucji, jak kary za chodzenie po ulicy, zaczepianie mężczyzn itp., to wszystko spadało zawsze i wszędzie na kobiety. Jej partner, który zaakceptował propozycję, albo nawet sam z nią wyszedł, nigdy nie ponosił żadnych konsekwencji. Zdarzało się nawet, że korzystając z zamieszania wzbudzonego przez interwencję policji, odchodził bez wypełnienia zobowiązań [finansowych] wobec partnerki. Ta uprzywilejowana pozycja mężczyzny we wzajemnym niemoralnym akcie nie ograniczała jego aktywności. Wręcz przeciwnie, dawała mu wolność działania i jego zachowanie zamiast być uznane jako nielegalne, było uznane za przywilej. To właśnie mężczyzna jest bezpośrednią przyczyną istnienia prostytucji. On tworzy potrzebę, która nie istniałaby bez niego. Polly Adler w swojej książce Dom, który nie jest domem pisze: „Prostytucja i prostytutki istnieją, ponieważ mężczyźni są skłonni płacić za seksualną gratyfikację, i jeśli mężczyzna jest w stanie za coś zapłacić, zostanie mu to dostarczone” .

Czytając ten fragment, po raz setny zdałam sobie sprawę, jak szalenie ważne jest, by doceniać przemiany obyczajowe, światopoglądowe i społeczne z ostatnich stu lat, które już na starcie stawiają współczesne kobiety w o wiele lepszym położeniu niż na początku XX wieku. Stanisława Paleolog miała pełną i bolesną świadomość ograniczeń czasów, w których żyła.

„Urodzone do burdelu”

Mój egzemplarz wspomnień Stanisławy Filipiny Paleolog, wydanych w roku 1957. Niestety, książka do tej pory nie została przetłumaczona na język polski.

W książce Stanisławy Paleolog znajdują się m.in. dwa rozdziały poświęcone przyczynom prostytucji w Polsce w latach 20. i 30. oraz walce z nią prowadzonej siłami policji kobiecej i innych instytucji oraz organizacji.

Paleolog kategoryzuje prostytutki, opierając się na swoich wieloletnich doświadczeniach zebranych przez tzw. Kobiece Brygady. Przytacza też wiele konkretnych spraw i przypadków, z jakimi miały do czynienia jej policjantki w czasie swojej służby, a także odkrywa mechanizmy rządzące światem (nie tylko warszawskich) sutenerów. Nie ma tu, oczywiście, ani krztyny naiwności, a jedynie trzeźwy osąd. Paleolog ma olbrzymią wiedzę o tym, jak bardzo skomplikowane bywały przyczyny upadku kobiet i ich zejścia na drogę prostytucji. Jednoznacznie czarnym charakterem w tej historii pozostają jednak sutenerzy, stręczyciele oraz zepsute do szczętu „burdelmamy”.

W jednym z fragmentów znalazłam szczególnie poruszający obraz. Może dlatego, że dla Stanisławy Paleolog rodzina i tradycyjne wartości wyniesione z domu były szalenie ważne. Może dlatego, że mam ją przed oczami na fotografiach z uroczystości Złotych Godów jej rodziców?: Można nawet powiedzieć, że [prostytutki] były religijne. Były wyjątkowo oddane Św. Marii Magdalenie, którą uważały za swoją patronkę. Praktycznie w każdym domu prostytutki wisiał obraz Marii Magdaleny. Większość z nich w dniu wielkich świąt, np. w Boże Narodzenie czy na Wielkanoc, nie szła do pracy, ale do kościoła. Próbowały spędzić ten czas w tradycyjny sposób, starając się przypomnieć sobie czas rodzinny, za którym tęskniły i o którym wiedziały, że dla większości z nich przepadł na zawsze. Ale były też oczywiście takie, które nie powracały do religijnych praktyk ani do wspomnień o rodzinie. One zwykły mówić: „Gdyby był Bóg, nie byłabym dziwką”.

Nie znalazłam u Paleolog echa naukowych teorii antropometrycznych jeszcze z końca XIX wieku, wciąż popularnych przed II wojną światową. A warto o nich wspomnieć, bo do lat 30. XX wieku teorie te, stworzone przez włoskiego kryminologa Cezara Lombroso, były przywoływane w polskim piśmiennictwie naukowym i społecznym. O tym, gdzie Paleolog upatrywała przyczyn prostytucji w Polsce, napiszę w kolejnym wpisie.

Książka Lombroso „Kobieta jako zbrodniarka i prostytutka” już w roku 1895 – dwa lata po publikacji oryginału – pojawiła się w polskim tłumaczeniu. Autor, włoski psychiatra, profesor medycyny sądowej w Turynie, doszedł do wniosku, że musi istnieć określony, antropologiczny typ „zbrodniarza urodzonego”. Wg niego szereg cech antropologicznych i antropometrycznych charakteryzowało tzw. „urodzone prostytutki”, m.in. asymetryczne rysy twarzy, duża silna szczęka, krzywy nos, mała pojemność czaszki, bujne owłosienie, asymetryczne brwi, ostre spojrzenie.

Równie wstrząsające po ponad stu latach od ich publikacji są badania Pauline Tarnowsky, przeprowadzone na 100 moskiewskich prostytutkach i opisane w książce „Étude anthropométrique sur les prostituées et les voleuses” (Paris: E. Lecrosnier et Bébé, 1889).

Fotografia z książki Pauline Tarnowsky (źródło TUTAJ)

Na wklejonej wyżej fotografii badaczka analizuje anomalie w twarzy i uszach prostytutek. Jak pisze Dr H. Kurella w książce „Lombroso i jego teorje” (1897), Nader charakterystyczną cechą fizjognomji zbrodniarzy, którą zresztą dzielą z chorymi na dziedziczne cierpienia nerwów i umysłu, stanowią wielkie, nieprawidłowo zbudowane uszy, prostopadle częstokroć sterczące na skroniach, podobne do uszu garnka. (str. 18) W swojej pracy Tarnowsky dzieli „kobiety nierządne” na te „urodzone” oraz te „z przypadku”. Obce jej jest myślenie, że cechy prostytutek miały charakter nabyty, a nie wrodzony, że były skutkiem uprawiania nierządu, a nie jego przyczyną.

Czy można mieć pewność, że tego rodzaju anachroniczne koncepcje o byciu predystynowanym do stania się prostytutką czy mordercą, jak te wyjęte z książek Lombroso i Tarnowsky, trafiły już do lamusa? Nie jestem o tym przekonana.

Portrety

Droga do powstania scenariusza jest żmudna i pełna zwątpień :). Myśląc o moich trzech bohaterkach, żyjących w podobnych latach, lecz należących do różnych światów, musiałam je sobie wizualizować w sposób, który pozwoliłby mi na nie spojrzeć z podobnej perspektywy. Zdjęcia, które po nich pozostały, częściowo są rozproszone, ale też skomplikowała się kwestia praw autorskich. Tym bardziej chciałam je zobaczyć i pokazać w podobnej konwencji, używając tych samych okularów. Trzy portrety.

Bronisława Dziadoń Konieczna
Zofia Smętek
Stanisława Filipina Paleolog

Inspiracją i najważniejszą referencją stały się dla mnie prace graficzne Colesa Phillipsa (1880-1927), zwłaszcza te stworzone dla magazynu „Life”. Uważam go za absolutnie genialnego grafika – i aż żal bierze, że nie ma nawet poświęconego mu hasła w polskiej wersji Wikipedii (https://en.wikipedia.org/wiki/Coles_Phillips).

Grafika Colesa Phillipsa

Proces powstawania portretów Stanisławy Paleolog, Bronisławy Koniecznej „Dziadońki” i Zofii Smętek trwał właściwie od lata do późnej jesieni 2019 roku. Ich autorką jest Ania Goszczyńska, graficzka, której bliskie są plakaty i ilustracje prasowe, w tym zwłaszcza portrety (http://goszczynska.com/).

Cieszę się, że wreszcie są – i mam nadzieję, że bez zbędnych słów opowiedzą Wam swoją historię.

Polski Komitet Walki z Handlem Kobietami i Dziećmi oraz początki policji kobiecej

Grupa kobiet przed wejściem do pomieszczenia Misji Dworcowej opieki nad podróżującą młodą kobietą. Grudzień 1925 rok. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Problem prostytucji i handlu kobietami oraz dziećmi w znaczącym stopniu dotykał międzywojennej Polski. Trudno nam dziś nawet wyobrazić sobie skalę tego procederu. Służącym, pokojówkom czy innym młodym kobietom w trudnej sytuacji życiowej oferowano dobrą pracę za granicą, zwabiano na statki, a następnie wywożono do domów rozpusty, głównie w Ameryce Południowej. Nierzadko stręczyciele podający się za bogatych Amerykanów biorą z młodymi Polkami lub Żydówkami ślub, po czym wywożą swoje młode żony do burdeli w Argentynie. W Ameryce Południowej przez długie lata handlem żywym towarem zajmowało się Warszawskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy, przemianowane na Towarzystwo Cvi-Migdal.

W 1923 r. wreszcie utworzono w Polsce Komitet dla Zwalczania Handlu Kobietami i Dziećmi. Inspiracją do tworzenia takich komitetów w Europie był zwołany w 1899 roku kongres w Londynie, poświęcony walce z handlem białymi kobietami, w czasie którego powołano do życia Międzynarodowy Komitet Zwalczania Handlu Kobietami i Dziećmi. W Polsce dopiero po odzyskaniu niepodległości pojawiły się warunki do powołania krajowego oddziału tego komitetu.

Cytuję za dostępnym w sieci artykułem Piotra Gołdyna pt. Wybrane aspekty działalności liderów Polskiego Komitetu walki z Handlem Kobietami i Dziećmi (1923-1939) : „Jedną z głównych płaszczyzn działalności polskiego komitetu było prowadzenie misji dworcowych. Główna działalność tych placówek polegała na pomocy podróżującym kobietom. W tym celu specjalnie do tego celu przygotowane kobiety patrolowały dworce kolejowe i autobusowe. Udzielały wskazówek co do adresu, pod który udawały się podróżujące niewiasty, udzielały schronienia, interweniowały w przypadkach podejrzenia o handel żywym towarem, czy wreszcie pośredniczyły w znalezieniu pracy. Wszędzie starano się rozpowszechniać informacje o działalności misji dworcowych, aby w ten sposób zachęcać młode dziewczęta do korzystania z wszelkiej oferowanej pomocy. Elementem rozpoznawczym były noszone przez delegatki misji opaski – biało-żółte dla katoliczek i biało-amarantowe z krzyżem maltańskim dla ewangeliczek”.

Jednak chyba najważniejszym osiągnięciem Polskiego Komitetu Walki z Handlem Kobietami i Dziećmi było powołanie wraz z Komendą Główną Policji Państwowej oddziałów policji kobiecej. Nastąpiło to w roku 1925 decyzją ministra spraw wewnętrznych – oczywiście, na wniosek Komitetu. Dowództwo nad kompanią szkolną przyszłych policjantek wkrótce powierzono Stanisławie Paleolog. 

Piotr Gołdyn podaje też opinię wyrażoną w ówczesnej prasie na temat specyfiki pracy policjantek, z założenia mających się zajmować sprawami kobiet i nieletnich: „Charakter tych przestępstw niejako przesądza sprawę przysposobienia kobiet do ich zwalczania, daje bowiem pewność, że do walki tej wniosą nie tylko surową metodę represji, lecz widząc krzywdę swych sióstr-kobiet, wniosą do swej służby pierwiastek miłości bliźniego, łącząc tym samym swą czysto policyjną służbę z aktem opieki społecznej. [J.S., Do walki z nierządem, „Na posterunku” 1929, nr 47, s. 729-730]

Niestety, w praktyce przełożyło się to na zakaz zakuwania przestępców w kajdanki przez policjantki. Funkcjonariuszki same nie miały prawa aresztować pochwyconych na przestępstwach osób, rzekomo ze względu na ich bezpieczeństwo, ale też by „nie narazić na szwank autorytetu organu policyjnego”. Dochodziło więc do absurdalnych sytuacji, gdy musiały szukać telefonu, by poinformować kolegów z mundurowej czy cywilnej służby śledczej, by przyjechali na miejsce zdarzenia i dokonali aresztowania zamiast nich. Same mogły jedynie uświadamiać i ostrzegać…. Cóż, znak czasu.

Policjantki podczas służby w izbie zatrzymań. Sierpień 1938. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Służba kurierska – wspomnienia z obrony Lwowa 1918

W biografii Stanisławy Paleolog nie można pominąć lat 1918-1819, które spędziła we Lwowie. Po próbie opanowania Lwowa przez Ukraińców w nocy z 31 października na 1 listopada 1918 r., została przez Komitet Obywatelski Polek skierowana do pracy w szpitalu, ale już następnego dnia rozpoczęła służbę kurierską i wielokrotnie z narażeniem życia przekradała się przez linię frontu. Za zasługi podczas walk o Lwów Paleolog została odznaczona Krzyżem Niepodległości i Krzyżem Obrony Lwowa z Mieczami, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Orląt, Medalem Pamiątkowym za Wojnę 1918-1921 i Medalem Dziesięciolecia Odzyskania Niepodległości. Po wyparciu z miasta Ukraińców wstąpiła do Milicji Obywatelskiej Kobiet. Na przełomie lat 1918 i 1919 uczestniczyła w organizacji zbrojnej – Ochotniczej Legii Kobiet (OLK).

Walki polsko-ukraińskie – obrona Lwowa. Patrol legionistek w listopadzie 1918. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Wielkie wrażenie zrobiły na mnie jej wspomnienia, obrazowe jak gotowy materiał na scenariusz filmu, opublikowane wśród wielu innych świadectw w książce Służba Ojczyźnie. Wspomnienia uczestniczek walk o niepodległość 1915-1918 (Warszawa 1929). Rozdział autorstwa Stanisławy Paleolog pt. Służba kurierska zamieszczam poniżej. Cała publikacja dostępna jest do pobrania na stronie Biblioteki Cyfrowej UMCS.

Walki polsko-ukraińskie – obrona Lwowa. Mogiły poległych na placu Bema. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Pamiętnej jesieni roku 1918 mieszkałam we Lwowie i pracowałam jako urzędniczka w Namiestnictwie. Koleżanki i koledzy biurowi mówili wówczas często o Radzie Regencyjnej, o tem, że ma zjechać do Lwowa, i o zmianach, jakie z tego powodu zajść miały.

Oprócz tego, umysły lwowian zajęte były sprawą ukraińską — dochodziły nas głuche wieści o organizowaniu przez Ukraińców jakiejś akcji bojowej z powodu Lwowa i Galicji Wschodniej.

Ostatniego października, w wigilię Wszystkich Świętych, o godzinie 12 w nocy wracałam z siostrą i znajomymi z teatru. Idąc ulicą Teatyńską, usłyszeliśmy przeciągły, żałosny jęk. Serce ścisnęło mi się w przeczuciu czegoś groźnego, a zarazem czegoś niezmiernie ważnego. Jak się wkrótce dowiedziałam, był to śmiertelny jęk legionisty zabitego przez Ukraińców.

Po niespokojnie przespanej nocy, nazajutrz rano, o godzinie 9-ej wyszłam na ulicę w kierunku mego biura. Ku wielkiemu memu zdziwieniu przy bramie zagrodził mi drogę żołnierz ukraiński w austrjackim mundurze; na moje żądanie wpuszczenia mnie do gmachu pchnął mnie kolbą karabina i krzyknął z wściekłością: ,,U’riadowaty sia ne budę”. Zrozumiałam, że sprawdziły się obawy lwowian — miasto zajęli Ukraińcy i stali się panami sytuacji.

Owładnął mną gniew. Pragnąc zasięgnąć informacyj o stanic oblężenia i o zamiarach polskiego społeczeństwa, udałam się na plac Akademicki 1, do Komitetu Obywatelskiego Polek. Ani przez chwilę nie wątpiłam, że będziemy walczyć o Lwów i że go obronimy.

W Komitecie zastałam kilkanaście osób, obradujących nad utworzeniem posterunku sanitarnego w lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek. Dowiedziałam się też, że młodzież polska wszczęła już akcję obrony miasta i że legjoniści, peowiacy i studenci walczą już w okolicy Dworca Głównego i Szkoły Sienkiewicza, stanowiącej w tej chwili rodzaj obronnej twierdzy. Miasto zostało podzielone na dwie części — polską i ukraińską; linja polskiego Lwowa sięgała w tej chwili od Dworca do Techniki. Następnie  dowiedziałam się, że są już zabici i ranni. Rannym trzeba było nieść pomoc.

Natychmiast zgłosiłam się do służby sanitarnej, pozostawałam w niej jednak tylko dzień jeden, gdyż sanitarjuszek było bardzo wiele, żołnierzy zaś walczących z bronią w ręku — bardzo mało.

W lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek, na Placu Akademickim, urządzono punkt opatrunkowy i zakonspirowano jego załogę, składającą się z kilku żołnierzy.

Dnia 1 listopada, w nocy, w przewidywaniu jakiejś akcji ze strony otaczających dom patroli ukraińskich, zarządzono ostre pogotowie. Oprócz załogi były tam sanitarjuszki, brakowało jednak lekarza. Z pośród obecnych w lokalu kobiet jedna zwróciła moją szczególniejszą uwagę; uderzyło mnie mocne spojrzenie jej pięknych oczu i stanowczy wyraz twarzy. Była to p. Aleksandra Zagórska. Ona to zdecydowała, że trzeba natychmiast sprowadzić lekarza. Wobec późnej godziny i ogłoszonego przez Ukraińców stanu oblężenia, zabraniającego wychodzić na ulicę po godzinie 5-ej, chętnych do wykonania wyprawy na miasto nie było. Ja jednak wzięłam to jako rozkaz dla siebie i udałam się na ulicę Pańską do jednego z mieszkających tam lekarzy. Po pewnym czasie wróciłam z nim do Komitetu Obywatelskiego Polek bez żadnych szczególnych przygód.

Po powrocie zaczęłam rozmowę z p. Zagórską. W nastroju niespokojnego oczekiwania, przy zabarykadowanych szafami oknach, słuchałam opowiadania o udziale jej w rewolucji 1905 roku. W toku rozmowy dowiedziałam się następnie, że obecnie na ukraińskiej stronie Lwowa została zorganizowana Polska Komenda Uzupełnień, mająca na celu utrzymywanie kontaktu z Komendą Wojsk Polskich na polskiej stronie Lwowa (ul. Grunwaldzka 8). W tym celu p. Zagórska przy Komendzie Uzupełnień organizuje oddział kurjerek. Zadaniem ich będzie przedzieranie się przez linję bojową i przenoszenie wszelkich raportów o ruchach wojska ukraińskiego do Komendy Wojsk Polskich oraz przeprowadzanie ochotników, zgłaszających się do szeregów wojska polskiego. Do oddziału kurjerek zgłosiła się już Wanda Lechowin, z zawodu szewc, bardzo dzielna dziewczyna.

Bez chwili namysłu wyraziłam chęć pełnienia tej służby i prosiłam panią Z., o przyjęcie mnie do oddziału. Z niecierpliwością oczekiwałam świtu, gdyż pani Z, obiecała wysłać mnie z rannym raportem na tamtą stronę. O godzinie 7-ej przyniesiono z Biura Wywiadowczego zwiniętą kartkę. Był to właśnie raport.

Pani Z. oświadczyła mi, że pójdziemy razem przez linję bojową, gdyż zamierza przedostać się do swego domu na Kulparków. Wybrałyśmy drogę koło Cytadeli, jako najpewniejszą. Po drodze spotkałyśmy Wandę Lechowin, która poszła z nami. Na murach było wojsko ukraińskie, na południowych stokach stali nasi oficerowie. Żeby przedostać się do naszych, trzeba było przejść ulicę Pełczyńską, gęsto ostrzeliwaną przez Ukraińców. Na chwilę przystanęłyśmy; pierwszego przykrego wrażenia doznałyśmy nie z powodu strzałów, lecz na widok trupów, leżących w poprzek ulicy. Były to osoby cywilne, prawdopodobnie dążące do sklepiku po zakupy. Pomimo gęstych strzałów przeszłyśmy szczęśliwie. Pani Z. pożegnała nas i poszła do domu, my zaś udałyśmy się na ulicę Grunwaldzką do Komendy Wojsk Polskich.

Po doręczeniu raportu, zabrałyśmy z redakcji „Pobudkę“ (dziennik wydawany przez Komitet Obrony Lwowa). Ukrywszy 10 numerów tego pisma pod ubraniem na plecach, udałyśmy się z powrotem tą samą drogą. Gdy doszłyśmy pod Cytadelę, gdzie stali nasi, jeden z oficerów przydzielił nam żołnierza. Spostrzegli to Ukraińcy i natychmiast podwoili ogień, kierując go wyraźnie w naszą stronę. Kule zaczęły tak gęsto świstać nam koło uszu, że zmuszone byłyśmy prosić naszego towarzysza, by nas zostawił własnemu losowi.

Na ulicy św. Zofji zatrzymał nas żołnierz ukraiński, wprowadził do bramy i zaczęła się rewizja osobista. Serca nam przestały bić na chwilę. Nie było wątpliwości, że, w razie znalezienia ,,Pobudki”, spotka nas śmierć pod murami tejże kamienicy, bez sądu, z rąk tego oto żołnierza. Rewizja była bardzo dokładna. Obejrzał uważnie zdjęte na rozkaz obuwie, kapelusze, przesunął rękami po sukni — „Pobudki“ jednak nie znalazł. Jakieś dziwne, niewytłumaczone szczęście uratowało nas od niechybnej, jak nam się zdawało, śmierci. Za chwilę szłyśmy dalej, ciesząc się, że jesteśmy uratowane i że możemy spragnionym przynieść wiadomości z „tamtej“ strony.

Od tego czasu kursowałam stale, jak wszystkie nasze kurjerki, bądźto linją bojową, bądź drogą okólną. Często bardzo towarzyszyła mi w tych wędrówkach niestrudzona Wanda Lechowin. Takich wypraw miałyśmy wiele, wobec konieczności utrzymywania stałego kontaktu między Komendą Uzupełnień a Komendą Wojsk Polskich. Jako przykład wymienię tu parę przejść charakterystycznych.

Dnia 8 listopada otrzymałam polecenie zrobienia wywiadu na Wysokim Zamku, dla ustalenia, ile dział i jakie posiadają Ukraińcy na tej pozycji. Wywiadu dokonałam, ale w drodze powrotnej zostałam lekko raniona w lewe ramię.

Tego samego dnia, około godziny 12 w nocy przybył do lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek kpt. Sulimirski i oznajmił, że Ukraińcy przygotowują wielki atak na godzinę 1-ą w nocy. Wiadomość tą należało zanieść niezwłocznie do Komendy Wojsk Polskich. Od pomyślnego wykonania tego polecenia zależało nasze zwycięstwo.

Wobec tego, że chwila do przejścia linji bojowej była bardzo nieodpowiednia i niebezpieczna, kpt. S. proponował pójście „na ochotnika“. Zgłosiłam się od razu. Pani Zagórska nie pozwoliła mi jednak iść samej — na drugą zgłosiła się Wanda Lechowin.

Krótka przemowa pani Z. o ważności zadania, o niebezpieczeństwie i konieczności zachowania największych ostrożności, kilka serdecznych słów kpt. S. na drogę i — poszłyśmy.

Postanowiłyśmy iść przez park Stryjski i Szkołę Kadecką. Zaraz na placu Akademickim zatrzymał nas oficer ukraiński i, przykładając rewolwer do piersi Wandy, zapytał, dokąd idziemy. W pierwszej chwili byłyśmy przerażone postawą oficera, zdawało się, że lada moment zastrzeli nas; wiedziałyśmy dobrze, że tego rodzaju wypadki zdarzały się często w czasie tej wojny. Po chwili zaczęłyśmy się tłumaczyć, mówiąc, oczywiście, po rusku; podałyśmy się za Rusinki, w dowód czego Wanda pokazała jakąś metrykę grecko – katolicką, w którą przezornie zaopatrzyła się przedtem. Tłumaczyłyśmy, że śpieszymy do umierającego ojca, że iść musimy. Argumenty te przekonały go widać, bo nas puścił.

Idąc w stronę parku Stryjskiego, ujrzałyśmy z daleka kilku żołnierzy ukraińskich i oficera przy karabinie maszynowym. Natychmiast zbliżyli się ku nam. Nastąpiły te same pytania i te same nasze tłumaczenia. Mówiłyśmy, że poprzedni patrol nas puścił i że nie powinni nas zatrzymywać. I tym razem jakoś nie zaaresztowano nas. Poszłyśmy dalej.

W parku ciemność, pustka! Liście szeleszczą nam pod nogami. W ciszy nocnej słychać każdy nasz krok. Od Szkoły Kadeckiej padają strzały. Tam są nasi. To oni strzelają do nas. Przypadłyśmy do ziemi, chwilę leżymy spokojnie, potem wstajemy i idziemy dalej. Znowu strzały! Znów więc padamy na ziemię i zaczynamy czołgać się w kierunku strzałów. Wreszcie głos cienki ni to męski, ni niewieści zapytuje: „Kto idzie?“ „Swój!“ „Hasło?”?

„Nie znamy hasła, idziemy z rozkazem dc Komendy Wojsk Polskich! Ten sam cienki głos rozkazuje: ,,Stać”!? Po chwili słyszę rozmowę w ciemności, ale, nie widząc nikogo, posuwam się dalej.

„Obywatelko, czy macie papierosa?“ – zapytano mnie nieoczekiwanie.

Zabłysły dwa światełka. Zobaczyłam wówczas dwie postacie, była to Wanda Lechowin i ów żołnierz — dzieciak, nie mający więcej ponad 16 lat. Wanda rozmawia z żołnierzem, leżącym w okopie.

Zapytuję: „To wy strzelaliście do nas?”?

„Ja z drugim kolegą” – brzmiała odpowiedź.

Powiedziałam, że chcemy pójść do Szkoły Kadeckiej, że niesiemy rozkaz do Komendy Wojsk Polskich.

„Przeprowadzimy was” – proponuje żołnierzyk.

„Dziękujemy, najgorsze już minęło, pójdziemy same“.

„W takim razie powiedźcie tam w Szkole, żeby nas zmienili, zostajemy na posterunku od 24-ch godzin — jesteśmy głodni, zmęczeni i brudni!”.

W Szkole Kadeckiej nie chciano puścić nas dalej bez hasła lub okazania kartki, którą niosłyśmy do Komendy Wojsk Polskich. Mając wyraźny rozkaz oddania tej kartki tylko majorowi Kmicie, nie chciałyśmy oddać jej nikomu innemu. Wyratował nas z kłopotu znajomy mi dr. Leszek Jakliński, który za nas zaręczył. Przepuszczono więc i poszłyśmy, a raczej pobiegłyśmy dalej, aby zdążyć do Komendy przed godziną 1-ą w nocy. Udało się nam na czas wręczyć raport majorowi Kmicie. Kilkakrotnie dziękował nam za dostarczenie tak ważnej wiadomości i pytał, czy rzeczywiście nie było mężczyzn, którzy by przynieśli ten rozkaz. Powiedziałyśmy wtedy, że poszłyśmy „na ochotnika”. Zapytał nas, czy nie mamy jakiego życzenia. „Jeść”, powiedziałyśmy obie jednocześnie, bo z aprowizacją w tych ciężkich dniach było bardzo trudno i od 2-ch dni nic prawie nie miałyśmy w ustach.

Podano nam trochę zimnej baraniny i wskazano nocleg w niemniej zimnym pokoju. Tu, mimo zmęczenia i chłodu, czułyśmy się dziwnie szczęśliwe.

Rano wzięłyśmy kilka numerów „Pobudki” i na Żubrzę i Sokolniki, drogą wynoszącą około 13 kilometrów, wracałyśmy do Komitetu Obywatelskiego Polek. W parę dni później spotkałam na ulicy siostrę moją Helenę, która mi opowiedziała, że stan zdrowia jednej z kurjerek, Felicji Sulimirskiej, jest bardzo ciężki i że prosi o sprowadzenie do niej rodziców, których chciałaby przed śmiercią pożegnać. Mieszkali na ulicy Piotra i Pawła. Schylając się pod murami kamienic, aby się uchronić od strzałów, padających od cmentarza, szłyśmy ulicą Łyczakowską w kierunku mieszkania pp. S. Na rogu ulicy Piotra i Pawła zatrzymał nas ukraiński żołnierz i nie chciał nas przepuścić. Z ciężkiem sercem musiałyśmy powrócić, nie spełniwszy ostatniej woli naszej koleżanki. Nie pożegnana przez nikogo z najbliższych, umarła w parę godzin potem.

Prócz wywiadów i przenoszenia raportów do Komendy Wojsk Polskich, do obowiązków naszych należało przeprowadzanie na polską stronę mężczyzn, chcących wstąpić w nasze szeregi. Przeprowadzanie takie odbywało się najczęściej okólnemi drogami, z koszykami lub torbami na plecach, pod pozorem, że się idzie po zakupy prowjantów.

W chwilach wolnych od swych zajęć zajmowałyśmy się kolportowaniem „Głosu Polskiego“. Nie było to rzeczą bezpieczną i łatwą wobec czujności Ukraińców. Rozdawało się gazetkę w rozmaity sposób. Doręczało się do domów, rozdawało w lokalach publicznych, jadłodajniach polskich, a nawet kościołach po nabożeństwie.

Wobec zdemolowania przez Ukraińców wszystkich drukarń i zamknięcia wszystkich redakcyj dzienników polskich, każda wiadomość o sytuacji wojskowej i ogólnej była przyjmowana przez społeczeństwo polskie skwapliwie i z radością; z drugiej strony trzeba było działać ostrożnie, aby przez oddanie gazety w niepowołane ręce nie zdemaskować całej naszej roboty.

Dnia 21 listopada wróciłam późno z ,,tamtej strony” i zmęczona położyłam się w lokalu Komitetu Obywatelskiego Polek na jednem z łóżek, przeznaczonych dla rannych. Rano obudził mnie straszny huk. Wyszłam na balkon i zobaczyłam, że jedna z kamienic na ulicy Akademickiej została uszkodzona granatem, słychać też było dość oddalone strzały. Ulicami maszerowały całe szeregi żołnierzy. W pierwszej chwili myślałam, że to są Ukraińcy. Wtem usłyszałam słowa piosenki — ,,Wojenko, wojenko!”. Zrozumiałam wreszcie, że Lwów jest wolny, że to są nasi.

Wybiegłam na rynek — na Ratuszu powiewały polskie chorągwie. Nieprzytomna radość rozsadzała serce. Zawiadomiłam niezwłocznie panią Zagórską i we trzy razem z Wandą Lechowin udałyśmy się na miasto. Sejm stał cały w płomieniach. Był to widok cudowny, ale pełen grozy. Smutno było patrzeć na poszarpane kulami drzewa w ogrodzie Jezuickim.

Radość tego dnia została zmącona straszną wieścią o śmierci 14-stoletniego Jurka, syna p. Zagórskiej. Zginął tej nocy śmiercią żołnierską na cmentarzu Łyczakowskim.

Przez dni kilka grzebałyśmy naszych bohaterów.

Z chwilą oswobodzenia Lwowa skończyła się służba kurjerska.

Wstępowałyśmy wówczas do zorganizowanej przez p. Zagórską Obywatelskiej Milicji. Jedna tylko Wanda Lechowin, z którą odbyłam większość moich wywiadów i wypraw „na tamtą stronę“, wyjechała jako kurjerka do Mikołajowa i tam dostała się do niewoli ukraińskiej. Po wielu tygodniach więzienia ukraińskiego, udało się jej, przy pomocy komendanta P. O. W. w Drohobyczu, uciec z niewoli, na Węgry. Po długiej tułaczce o chłodzie i głodzie wróciła do Lwowa z początkami gruźlicy. Organizm jej, nadszarpnięty ciężką pracą służby kurjerskiej i okropnymi warunkami niewoli, nie mógł już zwalczyć choroby. Zmarła w Krakowie po kilku latach cierpienia. Była jedną z najlepszych i najdzielniejszych kurjerek. Niezmordowana w pracy, niezmiernie odważna, znająca świetnie teren, niejednokrotnie pomimo niesłychanego zmęczenia po trzy razy jednego dnia przechodziła linję bojową, oddając sprawie polskiej niezmierne usługi. Cześć jej pamięci!

Grecki ród na polskiej ziemi

Stanisława Paleolog swoją egzotyczną urodę zawdzięczała greckim korzeniom. Jej przodkowie przybyli w XVIII wieku z Węgier na teren Galicji jako handlarze winem. Męscy potomkowie rodu nosili (i noszą) dwuczłonowe nazwisko Demetraki Paleolog – od imienia założyciela rodu, Demetriusza, który zmarł w 1729 roku na Węgrzech. Panie posługują się wyłącznie jednym nazwiskiem – Paleolog. Demetraki to patronymikon Δημητράκης, czyli syn Demetriusza (Dymitra), szczególnie rozpowszechniony na Krecie. Bezpośredni protoplasta polskich Paleologów, Georg Demetraki-Paleolog urodził się bowiem w Tokaju na Węgrzech. Zmarł natomiast w galicyjskim Zborowie (województwo tarnopolskie), pozostawiając troje dzieci, w tym syna Lazara Władysława Demetraki Paleologa, od którego pochodzą obecni członkowie tego rodu. 
Prawdopodobnie korzenie rodowe Paleologów sięgają władców bizantyjskich, trudno jednak związków polskich Paleologów z cesarską dynastią Paleologów w jednoznaczny sposób dowieść (zobacz hasło DYNASTIA PALEOLOGÓW w Wikipedii).

Tak wygląda galicyjska linia rodu DEMETRAKI-PALEOLOG:
Demetrios,
Dymitr Demetraki (1729),
Georg Demetraki i Helena Rósa,
Łazarz Władysław Demetraki Paleologos i Filipina Wszelaczyńska,
1. Michalina Czemeryńska [Kniaziolucka?],
2. Kazimierz,
3. Zygmunta Maria Nowosielska,
4. Zygmunt August Demetraki Paleolog i Zofia Chorzelska (rodzice Stanisławy).
4.1 Jerzy,
4.2 Helena Szczerbowska-Juszkiewiczowa,
4.3 Kazimierz,
4.4 Filipina Stanisława,
4.5 Władysław,
4.6 Adam,
4.7 Maria Woźnowska,
4.8 Elżbieta Stankiewicz,
4.9 Urszula Zofia,
4.10 Michał Mateusz.

Na podstawie książki Mieczysławy Demskiej-Trębacz „Kamień Paleologów. Okruchy z dziejów jednego rodu”, Lublin 2008)

W Złote gody Zygmunta Augusta Demetraki Paleologa i Zofii z Chorzelskich rodzina Paleologów liczyła ponoć 65 osób.

Złote gody Zygmunta Augusta Demetraki Paleologa i Zofii z Chorzelskich. Od lewej stoją: Jerzy, obok niego Helena, głowa nad nimi to Kazimierz, następnie Stanisława w mundurze, Władysław, Adam i Maria; ostatnia trójka to Elżbieta, Zofia i Michał. Zimna Woda. Źródło: http://www.nowosielski.com/antenaci_2.htm (zdjęcie ze zbiorów rodziny Paleologów)

Pamiątki rodziny Paleologów

Druga połowa sierpnia tego roku. Odwiedzam w Zakopanem panią Julitę Makowiecką, z zawodu tłumaczkę, dla której Stanisława Filipina Paleolog była cioteczną babcią. Już od progu trudno mi się oderwać od psich powitań – dostaję potężną dawkę czułości od owczarka podhalańskiego pani Julity i dwóch przyjacielskich suczek jej sąsiadów.

Rozmawiamy w dużym pokoju, w którego rogu wisi portret Stanisławy Paleolog. Malarz Stanisław Appenzeller namalował obraz Stanisławy prawdopodobnie w 1933 roku. Miał więc wtedy 32 lata –  Stanisława była od niego starsza o 9 lat. Na portrecie policjantka opiera się na krześle, siedzi nieco majestatycznie, ale spokojnie, i patrzy gdzieś obok. Z jej greckiego profilu bije wewnętrzna siła i pewność siebie kobiety, która wiele już dokonała w męskim świecie. Przecież dwa lata wcześniej londyński dziennik „Daily Express”  nazwał ją „Polską Joanną d’Arc”. Historia powstania tego obrazu na razie musi pozostać dla mnie zagadką.

Portret Stanisławy Paleolog namalowany przez Stana Appenzellera w 1933 roku.

Razem z panią domu zdejmujemy obraz ze ściany i przenosimy go do drugiego pokoju, przyjrzeć mu się w świetle. Pani Julita opowiada mi, że często patrzy na odziedziczony portret i myśli, jak dużo łatwiej kobiety mają dzisiaj w życiu. Może Stanisława nie jest jej idolką, ale na pewno kimś, kto dał rodzinie dobre wzorce. „Chciałabym jej nie zawieść. Zastanawiam się czasem, czy gdybyśmy rozmawiały, doceniłaby to, co zrobiłam w życiu. Czy ja – dwa pokolenia później – nie jestem gorsza. Ale nie porównuję się, żeby z nią rywalizować, tylko żeby ocenić, czy kontynuuję rodzinną tradycję, czy kobiety w naszej rodzinie wciąż są silne”.

Bezcenne pamiątki rodzinne: medalion z portretami dziadków Chorzelskich, bransoletka cioci Zosi Paleolog i łańcuszek od pozytywki dziadka Zygmunta Augusta Demetraki Paleologa.

Przyglądam się nielicznym pamiątkom rodzinnym, przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Bransoletka Zofii Paleolog, którą dostała na 18. urodziny. Pani Julita oddała ją do złotnika – okazało się wówczas, że nie jest złota, ale pozłacana. Obok leży łańcuszek do pozytywki dziadka Stanisława Augusta – ojca Stanisławy. Pozytywki nie ma, zegarka też nie, natomiast sam łańcuszek szczęśliwie pozostał. Pani Julita pieczołowicie go przechowuje, podobnie jak jego mlecznik, który odziedziczyła po cioci Zosi. „Ze łzami w oczach mi go dawała: żeby temu się nic nie stało, bo to jeszcze mojego dziadka”. Na koniec otwieramy jedyną pamiątkę po rodzinie Chorzelskich – medalion z portretami dziadków. Na podstawie drzewa genealogicznego domyślam się, że obie fotografie z XIX wieku należą do Ludwika Chorzelskiego i Józefy Chorzelskiej z Sypniewskich.   
W rodzinie Paleologów nie przykładano wielkiej wagi do tego, żeby MIEĆ, ale żeby BYĆ – i wykształcić dzieci. Wojna pozbawiła ich wszystkiego, ale przyzwyczajeni, by polegać na sobie, a nie na posiadanym majątku, doskonale poradzili sobie w nowej trudnej rzeczywistości. Tym większą wartość zyskują drobiazgi należące do przodków, które udało się ocalić mimo kataklizmu II wojny światowej. Przedmioty pozornie bez znaczenia, nasi najwierniejsi towarzysze.

Przesyłka z Londynu

W lutym wreszcie dotarła do mnie mała, niepozorna książka – praktycznie nie do dostania, zupełnie niedostępna w Polsce. Ja upolowałam ją na Amazonie, wystawioną na sprzedaż przez jeden z londyńskich antykwariatów. Ale nie wystarczyło zapłacić 20 funtów i czekać na paczkę. Musiałam jeszcze znaleźć kogoś, kto mieszka w UK i kto zgodził się przesłać mi mój skarb do Polski, ponieważ oczywiście antykwariat nie wysyła niczego poza granice UK. Na szczęście i to się udało.

Lekturę zaczynam oczywiście od Wstępu, napisanego przez Dorothy Peto [tu link do jej krótkiej biografii w angielskiej Wikipedii], pionierki brytyjskiej policji kobiecej, pierwszej zaprzysiężonej kobiety Inspektor w Londyńskiej Policji Miejskiej w latach 1930-1946. Ta sama Dorothy Peto po raz pierwszy spotkała Stanisławę Paleolog w czasie wizyty w Polsce w 1936 roku i od tej pory „pozostawała w kontakcie” z polską policją kobiecą – musiała ją połączyć z Paleolog serdeczna relacja. Po raz drugi spotkały się w Edynburgu w 1938, a po raz trzeci – już w Londynie, po II Wojnie Światowej. Kilka lat później Stanisława Paleolog zostanie ministrem bez teki w pierwszym rządzie Antoniego Pająka władz RP na uchodźstwie – i zarazem pierwszą kobietą minister.

To właśnie dzięki staraniom Peto udało się wydać historię polskiej policji kobiecej w języku angielskim w 1955 roku. Stanisława Paleolog pracowała nad książką w języku polskim, dokumentując swoje wspomnienia dzięki raportom Ligi Narodów oraz korzystając z polskich gazet dostępnych w British Museum. Tekst został przetłumaczony na angielski przez Eileen Frances Short-Garlińską. Co się stało z oryginałem? Bardzo chciałabym poznać odpowiedź na to pytanie.

Tymczasem sprawdzam, kim była tłumaczka. Okazuje się, że ma niezwykle ciekawą biografię i powstańczą przeszłość. Jej biogram znajduję na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego i przeklejam go poniżej.

Eileen Frances Short-Garlińska urodziła się 1 kwietnia 1912 roku. Jej panieńskie nazwisko to Short. Urodzona w rodzinie irlandzkiej. Od 1935 roku mieszkała w Polsce i była nauczycielką języka angielskiego. 4 września 1939 roku wzięła ślub z poznanym w 1936 roku Józefem Garlińskim. W czasie wojny Eileen Frances Short-Garlińska wstąpiła w szeregi ZWZ-AK (jej mąż ppor. Józef Garliński „Long” był kierownikiem Wydziału Bezpieczeństwa Komendy Głównej AK). W 1943 r. uczestniczyła w tajnych szkoleniach żeglarskich, a także w regatach, w których otrzymała medal (przekazany po wojnie do zbiorów British Museum).

W czasie Powstania była sanitariuszką na Górnym Czerniakowie – pełniła służbę w rejonie ul. Wilanowskiej i w szpitalu w budynku ZUS-u przy Czerniakowskiej.

Po kapitulacji Powstania znalazła się wśród ludności cywilnej. Skierowana do obozu przejściowego w Pruszkowie (Dulag 121), z którego udało jej się zbiec, a następnie przedostać do Wielkiej Brytanii. Tam rozpoczęła pracę tłumaczki w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Rządu RP na uchodźstwie. Została również działaczką Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Angielskiej i przewodniczącą Komitetu Brytyjek żon Polaków. W listopadzie 1945 spotkała się z mężem. W 1986 została odznaczona przez Prezydenta RP na Uchodźstwie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Szukam w Sieci jej fotografii. Trafiam najpierw na wzruszającą tablicę z Katedry Polowej Wojska Polskiego w Warszawie – również zamieszczoną na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego. Następnie na artykuł Waldemara Grabowskiego „Kobiety w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w Londynie 1940–1945 – przyczynek do badań”. Dowiaduję się, że Eileen Garlińska była zatrudniona jako tłumaczka wśród pracowników Wydziału Społecznego MSW w 1945 roku. Wciąż nie wiem jednak, jak wyglądała i nie mogę sobie tego darować.

Dociera do mnie, że na tę niewielką, ale bezcenną książkę w biało-czerwonej okładce, którą prawdziwym cudem udało mi się zdobyć 64 lata po jej wydaniu, składają się praca, talenty i doświadczenie trzech niezwykłych kobiet – Stanisławy Paleolog, Dorothy Peto i Eileen Garlińskiej.