Kto się boi polskiego musicalu?

Kiedy opowiadam znajomym i nieznajomym o moim „musicalowym marzeniu”, zwykle spotykam się ze skrajnymi reakcjami: z jednej strony ze szczerym entuzjazmem, z drugiej z krańcowym niedowierzaniem. Często też słyszę opinie, że nikt w Polsce filmowego musicalu jeszcze nie zrobił. Nie jest to jednak prawdą. Znawcy tematu wspominają filmy Janusza Rzeszewskiego (1930-2007): „Halo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy” (1978), „Miłość ci wszystko wybaczy” (1981) o Ordonce oraz „Lata dwudzieste… lata trzydzieste” (1983), które we mnie budzą najcieplejsze uczucia. Cała ta muzyczna trylogia miała swoją niepowtarzalną klasę i wdzięk. Do dzisiaj może uwodzić widza dzięki świetnej obsadzie oraz bardzo dobrej reżyserii. Po Rzeszewskim długo nie było już śmiałków, którzy sięgnęliby po musicalowe klimaty.

A jednak z dużym zdziwieniem natknęłam się na film promowany jako „pierwszy polski musical”, wyreżyserowany przez Agnieszkę Glińską pt. „#Wszystkogra” z 2016 roku. Film okazał się klapą kompletną, czy raczej straconą szansą, i nikt już raczej o nim nie pamięta. Dlaczego? Moim zdaniem gwoździem do trumny okazały się popularne piosenki, dolepione do historii na chybił trafił, niemal bez związku z losami śpiewających je bohaterów. Wielka szkoda, że zabrakło też pomysłu na wciągającą opowieść, która ostatecznie przypominała zlepek teledyskowych impresji. Ale przynamniej podjęto próbę.

Tymczasem w 2015 roku w kinach grano już „Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej, reklamowane jako polski musical filmowy. W rzeczywistości „Córki…” okazały się okraszonym piosenkami horrorem, o niebo jednak lepszym od komercyjnego „#Wszystkogra”, bo z oryginalną wizją i odważnie łączącym różne konwencje. Eksperyment bardzo się opłacił i znalazł wielu wiernych fanów.

Ale wśród młodych filmowców zdecydowanie łatwiej jest o twórcze eksperymenty, które kiedyś mogą jeszcze zamienić się w sukces. Z przyjemnością obejrzałam lekką jak piórko „Balladę o integracji europejskiej” zrealizowaną w języku angielskim i czerpiącą z tradycji Nocy Kupały. W innym nieco, bo w mroczniejszym klimacie Justyna Mytnik nakręciła swoją etiudę szkolną „Fascinatrix” (trailer dostępny tutaj). To film krótkometrażowy z 2018 roku, opowiadający o czarownicy – uciekinierce, która mści się na swoich pogromcach i bez wątpienia widać tu i oryginalny pomysł, i jakość. Warto odważnie korzystać z gatunkowych konwencji i przestać obawiać się musicalu. Kto następny się odważy?